wtorek, 27 sierpnia 2013

Miniaturka I- "Praw­dzi­wa miłość zaczy­na się tam, gdzie nicze­go już w za­mian nie oczekuje. "


„Każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia. Miłość bez cierpienia nie jest miłością”



Palcami wystukiwałem nerwowy rytm na restauracyjnym stole. Od dziecka uczony byłem punktualności, więc i tego samego wymagałem od osób, z którymi się umawiałem. Był jednak ktoś, kto tego nie rozumiał, więc i nie przestrzegał. Na niego właśnie czekałem już od pół godziny.
Mój przyjaciel, którego z niecierpliwością oczekiwałem miał pojawić się piętnaście minut temu. Czekałem na niego tylko dlatego, że nie widzieliśmy się od pół roku, oraz dlatego, że miał mi dzisiaj przedstawić swoją narzeczoną.
Byłem ciekawy, kim ona jest, bo Blasie powiedział mi, że na pewno mnie to zdziwi.
Bardziej dziwił mnie sam fakt, że Zabini miał narzeczoną, a co za tym idzie- zamierzał się ustatkować. Nie mam pojęcia, jak chciał to zrobić- po wojnie jego majątek został skonfiskowany, on sam nie potrafił odnaleźć się w żadnym zajęciu, choć próbował wielu rzeczy; ostatecznie zawsze o pomoc zwracał się do mnie.
I ten mężczyzna chciał założyć rodzinę?
Drzwi restauracji otworzyły się nagle, a ja podniosłem wzrok, mając nadzieję, że nareszcie Zabini raczył się zjawić.
To jednak nie był mój przyjaciel.
Stała tam Ona, w luźnej, kwiecistej sukience, z rozpuszczonymi włosami, rozglądając się dookoła, jakby kogoś szukała.
Hermiona Granger.
Widziałem ją po raz pierwszy od sześciu lat, a nadal wyzwalała u mnie takie same uczucia jak w Hogwarcie.
W pewnym momencie odwróciła się, a jej wzrok spoczął na mnie. W tej samej chwili na jej twarz wypłynął zdradziecki rumieniec, a ona sama natychmiast się odwróciła.
Chciałem do niej podejść. Przywitać się. Zaprosić do swojego stolika. Zrobić to, na co nie miałem odwagi, gdy mieliśmy po szesnaście lat- przeprosić ją. Mógłbym jej powiedzieć, że odkąd pamiętam żywiłem do niej pozytywne uczucia, ale nie mogłem się ujawnić- na przeszkodzie stało jej pochodzenie. Być może także moje.
Nim jednak zdołałem wykonać jakikolwiek ruch ktoś do niej podszedł.
Blaise Zabini, który właśnie wszedł do restauracji objął ją ramieniem, i wkrótce oboje- on uśmiechnięty, ona zakłopotana- ruszyli w stronę mojego stolika.
-Witaj, Draco.


Po zakończeniu kolacji, która męczyła mnie jak żadna inna, postanowiłem wybrać się na nocny spacer po mieście.
Przez cały wieczór wysłuchiwałem wywodów mojego przyjaciela i coraz bardziej czułem, że mamy ze sobą coraz mniej wspólnego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego.
Druga wojna zmieniła każdego, i doskonale zdałem sobie z tego sprawę. Większość osób zapamiętała to jako lekcje na przyszłość i za wszelką cenę starali się poprawić.
Patrząc na Blaise’a mam wrażenie, że nie liczy się on z niczym.
Może i zależy mu na Hermionie, może i cieszy się na to, że niedługo zostanie ojcem- powiedział mi, że to już za pięć miesięcy- ale jednak nadal pozostał głupim chłopakiem, który żyje z dnia na dzień, nie przejmując się przyszłością. Nie potrafię zrozumieć jego postępowania. Rodzina, którą chce założyć to wielka odpowiedzialność. Patrząc na niego, wydaje mi się, że nie potrafi zadbać sam o siebie- nie mówiąc o dziecku i narzeczonej.
Nie chodziło tu jednak tylko o jego bezmyślność.
Idąc na to spotkanie wydawało mi się, że mój przyjaciel chce poprawić nasze relacje, które przez ostatnie pół roku zdecydowanie osłabły.
On pozostał w kraju, ja trzy lata po wojnie wyprowadziłem się razem z matką do Francji. Ona zatrudniła się w eleganckim, choć mugolskim butiku, a ostatnio poznała nawet jakiegoś mężczyznę, przy którym widocznie odżyła.
Ja sam zajmuję się prawem czarodziei w francuskim Ministerstwie Magii.
Odzyskałem pieniądze, pozycję, szacunek- to, co straciłem zaraz po wojnie. Znów mogłem poczuć się lepszy od innych- to uczucie towarzyszyło mi nawet przy spojrzeniu na najlepszego przyjaciela, który nie dorobił się niczego.
Teraz jednak on miał coś, czego ja nigdy nie miałem.
Zdobył miłość.
A jego miłością okazała się Hermiona Granger- kobieta, którą podziwiałem od kilku lat, i której już nigdy nie będzie dane mi mieć.



Blaise kontaktował się ze mną od tamtego czasu trzy razy.
Pierwszy, gdy potrzebował dużej sumy pieniędzy. Na co one mu były- nie powiedział- a ja nie zamierzałem dopytywać. Wysłałem mu daną sumę, w końcu nadal był moim najlepszym przyjacielem.
Drugi raz skontaktował się ze mną, by zaprosić mnie na ślub swój i Hermiony, trzy miesiące po naszym spotkaniu w restauracji.
Nie chciałem tego oglądać. Nie chciałem widzieć, jak jedyna kobieta, która poruszyła moje serce oddaje się innemu. Zwłaszcza, ze był to mój przyjaciel.
Kolejny i ostatni raz rozmawialiśmy dwa miesiące po jego ślubie, gdy zadzwonił, by powiadomić mnie o tym, że urodził mu się syn. Ucieszyłem się, pomimo że był widocznym owocem miłości jego i Hermiony.
Ale mimo wszystko, Blaise pozostawał moim przyjacielem.
Wysyłałem im życzenia na każde święta i urodziny, oraz prezenty dla małego Matthew’a.
Od nich również dostawałem kartki z życzeniami, ale był to jedyny kontakt, jaki utrzymywaliśmy przez długi okres czasu.
Aż do pewnego telefonu, który odezwał się trzy lata po urodzeniu ich syna.


Samolot powoli przygotowywał się do lądowania, więc zapiąłem pasy.
Ten mugolski sposób podróżowania wydawał mi się najwygodniejszy i zwyczajnie przyjemny- uwielbiałem znajdować się tak wysoko nad ziemią- ale również czasochłonny, co dawało dużo chwil, podczas których mogłem wszystko przemyśleć.
Nigdy nie spodziewałem się, że będę wracał w rodzinne strony tylko po to, by pożegnać się z moim przyjacielem.
Po to, żeby towarzyszyć mu w ostatniej drodze.
Śmierć bliskiej osoby zawsze niesie ze sobą dużo pytań, na które brak odpowiedzi.
Czy zawsze postępowaliśmy słusznie? Czy zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, co było w naszej mocy?
Pojawia się wiele słów, które chciałoby się powiedzieć, ale wiemy, że nigdy już nie będziemy mogli tego zrobić.
O jego śmierci powiadomiła mnie Kay- jego kuzynka, z którą od długiego czasu pozostawałem w przyjacielskich stosunkach.
Dowiedziałem się, że Blaise ciężko chorował od ponad dwóch lat. Nikt mi o tym nie powiedział.
Nikt nie powiadomił mnie, że mój przyjaciel może umrzeć.
Miałem o to pretensje do każdego.
Dopiero teraz zrozumiałem, że problem mógł leżeć we mnie. Gdybym bym prawdziwym przyjacielem, próbowałbym się z nim skontaktować w trakcie tego okresu. Gdybym bym prawdziwym przyjacielem, on sam chciałby mi o tym powiedzieć. Mógłbym być przy nim, wspierać jego, a także Hermionę i ich synka.
Może gdybym wiedział, mógłbym jakoś pomóc.
Ale coś w głowie uporczywie podpowiadało mi, że nawet gdybym wiedział, nic nie mógłbym zrobić. Nie byłem przecież cudotwórcą.
Jedyne, co mogłem mu wtedy ofiarować były moje pieniądze, które i tak nic by nie pomogły.
Najbardziej bolał mnie fakt, że nie zdążyłem się pożegnać i choć nie wiem, jakbym chciał, czasu już nie cofnę.
Nie cofnę wszystkich złych słów, które wypowiedziałem pod jego adresem.
Potrząsnąłem głową i przymknąłem powieki, pod którymi gromadziły się łzy.
Muszę być silny.
Płacz i cierpienie nic już nie zmieni.
Jego już nie ma. Na zawsze.


 Mały, ale dobrze wyglądający kościółek nie przyciągał wzroku przechodniów. Mój jednak już tak. Za nią znajdował się cmentarz, na którym spocząć miało ciało mojego przyjaciela, o czym starałem się na razie nie myśleć.
Gdy wszedłem do środka, pogrzeb już trwał.
-Cudowny mąż, wspaniały ojciec…- mówił ksiądz, a ja starając się nie patrzeć na trumnę stojącą przy ołtarzu, próbowałem pozostać niezauważony.
W tak małym kościele było to jednak niemożliwe, dlatego zaraz po moim wejściu osoby siedzące z tyłu odwróciły wzrok. Przesadą wydawał mi się jednak fakt, że i ksiądz zainteresował się moim przyjściem i przerwał kazanie. Wtedy patrzył na mnie już każdy.
Mnie zaś interesowała tylko jednak osoba. Zauważyłem ją w końcu; siedziała w pierwszej ławce, na kolanach trzymała małe dziecko. Obok niej dostrzegłem dwie rude czupryny i jedną czarną- ucieszyłem się, że ma w nich oparcie. Pierwszy raz naprawdę cieszyłem się na widok Potter’a i któregoś z Weasley’ów.
Szybko zająłem pierwsze wolne miejsce, obok zapłakanej, starszej kobiety i wsłuchałem się w słowa księdza.


Człowiek jest tylko sumą oddechów. Nie jestem pewien, ale chyba gdzieś przeczytałem to zdanie. Przypomniało mi się nagle, po wyjściu z kościoła, i nieprzerwanie tłukło mi się po głowie.
Obserwowałem ludzi, którzy już po zakończeniu całego pogrzebu wsiadali do mugolskich samochodów, lub szli do małej uliczki za kościołem, by stamtąd swobodnie się teleportować. Każdy podchodziły do Hermiony, składał jej kondolencje i odchodził. Wszyscy po kolei odchodzili.
Byłem jednym z ostatnich osób, jaka do niej podeszła. Spojrzała na mnie i chyba chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko szloch.
Ron, który do niej podszedł chyba chciał ją objąć, ale uprzedziłem go, a ona ufnie się we mnie wtuliła.
Wtedy właśnie postanowiłem w najbliższym czasie pozostać przy niej. Przynajmniej do momentu, w którym stanie na nogi.


Od śmierci Blasie’a minęły dwa miesiące, a ja właśnie wylądowałem w jakimś obskurnym, przydrożnym hotelu. W tym momencie przeklinałem moją uległość wobec Granger- obecnie Zabini- i fakt, że chciałem być jak najbliżej niej.
Przez ponad dwa tygodnie od pogrzebu Hermiona była niezdolna do życia. Nie chciała jeść, nie mogła spać, prawie nie funkcjonowała. Rozmawiała jedynie z Ginny, mnie, nie wiedzieć czemu, nie chciała nawet widzieć.
Potter i Weasley również nie rzucili mi się w ramiona i chyba oczekiwali, że gdy pożegnam mojego przyjaciela, od razu zniknę.
Jednak ani oni, ani Hermiona nie wiedzieli wszystkiego.
Kilka dni po tej przykrej uroczystości, w której brałem udział, zostałem wezwany przez prawnika państwa Zabini.
Jak się okazało, wszystko co miał, Blaise przekazał Hermionie. Nie było tego jednak wiele, co więcej- pozostawił ją z długami i nakazem wyprowadzenia się z ich dotychczasowego mieszkania.
Mi zaś pozostawił jedynie list, który ściskałem teraz w dłoniach, jak ostatnią deskę ratunku.
Prawnik Blaise’a- Jonathan Cravenmoor- był człowiekiem bardzo konkretnym, ale też litościwym, a przede wszystkim, bardzo lubił Hermionę i miał do niej słabość.
Szybko udało mi się go przekonać, by nie mówić jej o długach, które zresztą od razu spłaciłem.
Później pozostało mi już tylko przekonać do siebie dziewczynę. Dzięki litości Ginny, która przygotowała dla mniej jeden z pokoi w mieszkaniu Hermiony, i wbrew sprzeciwom przyjaciółki pozwoliła mi zamieszkać tam, ile tylko będę chciał, mogłem codziennie mieć kontakt z Granger, nawet jeśli tego sobie nie życzyła.
Mimo, że moje stosunki z dziewczyną od początku nie układały się po mojej myśli to z małym Matt’em od razu złapałem dobry kontakt.
Było to o tyle dziwne, że nigdy nie zajmowałem się żadnym dzieckiem, ani nawet nie chciałem tego robić, a z małym Zabinim spędzałem ostatnio więcej czasu, niż z kimkolwiek innym. Stał się dla mnie nieodłączną częścią życia i nie dopuszczałem do siebie myśli, że gdy Miona stanie na nogi, to zwyczajnie wyrzuci mnie ze swojego domu. 
-Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i dla Matt’a, ale od tego momentu jesteśmy w stanie radzić sobie sami- powiedziała mi pewnego dnia, wystawiając do przedpokoju walizki z moim małym dobytkiem, który miałem ze sobą.
Nie pozwoliła mi nic powiedzieć. Pocałowała mnie delikatnie w policzek i odsunęła się, dając mi wolną drogę do odejścia.
-Jeśli myślisz, że tak po prostu stąd wyjdę, to jesteś w błędzie, Granger.
Po tych słowach wręcz się na nią rzuciłem. Nigdy nikogo nie całowałem tak, jak jej. Nigdy nikogo nie pragnąłem pocałować tak mocno, jak ją.
Oddała mój pocałunek i przyciągnęła mnie do siebie, tym samym dają mi przyzwolenie na więcej.
Zatraciliśmy się w sobie, a nasze ciała, po krótkich pieszczotach, stały się jednością.  

-Wyjdź.
Jedno, jedyne słowo, które powiedziała, gdy już się ubraliśmy.
Później zostawiła mnie samego. Uczucie, które mnie obezwładniło, było mi całkowicie obce. Dopiero później zrozumiałem, że było to odrzucenie.
Ja, Draco Malfoy, czułem się odrzucony.
Bolała mnie moja duma, która ucierpiała. Bolało moje zranione, przerośnięte ego.
Ale najbardziej bolało moje biedne, złamane serce, w którego istnienie wiele osób wciąż wątpi.

Dlatego właśnie wylądowałem w tym miejscu. Było okropne, ale też był to najbliższy mieszkaniu Hermiony hotel.
Rozprostowałem list, który machinalnie zgniotłem w dłoni i zacząłem czytać go ponownie, wręcz słysząc w głowie głos przyjaciel i widząc go, gdy sprawną ręką kreślił litery na drogim papierze.


Drogi Draco,
Jeśli to czytasz, to znaczy, że przegrałem. Cóż, pewnie Cię to nie zdziwi, prawda? Przecież w moim życiu nic się nie udawało. To Ty zawsze byłeś tym lepszym. Wiesz, że chciałem osiągnąć to, co miałeś Ty?
Może nie powinienem tego pisać, ale teraz to nie ma już większego znaczenia, a chciałem wyjawić wszystko, i wyjaśnić wszystkie niedopowiedzenia. Jeden, jedyny raz czułem się lepszy od Ciebie, a radość, którą wtedy odczuwałem, towarzyszy mi do dzisiaj. Chyba już wiesz, kiedy to było?
Napisałem, że nic mi się w życiu nie udawało. To nie do końca prawda.
Udały mi się dwie rzeczy.
Znalazłem kobietę mojego życia.
Ta kobieta, po pewnym czasie dała mi syna.
 To coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze i Ty o tym wiesz, Draco.
Wiedziałem o tym, że już w Hogwarcie, że żywisz do niej jakieś cieplejsze uczucia, ale nie przyznawałeś się sam przed sobą do tych uczuć, więc tym bardziej nie przyznałbyś się przede mną.
Wystarczył mi jednak Twój wzrok, tamtego wieczoru, gdy powiedziałem Ci, że jest moją narzeczoną, bym wiedział, że nadal coś do niej czujesz.
Pierwszy raz miałem to, czego nie miałeś Ty i dopiero teraz widzę, jak śmiesznie dumny z tego byłem.
Wiem jednak, że nie byłem godny, by to posiąść.
Hermiona jest cudowną kobietą, a Matt cudownym dzieckiem. Oboje potrzebują ciepła, miłości, prawdziwego domu.
Wiem, że Ty jesteś jedyną osobą, która może im to zapewnić.
To jest moja ostatnia wola. Chyba powinno się taką mieć, prawda?
Chcę, byś się nimi zaopiekował. Być może, kiedyś Hermiona odwzajemni Twoje uczucie, a wtedy będzie mogli stworzyć prawdziwą rodzinę.
Proszę, spraw by byli szczęśliwi.
Liczę na Ciebie, mój przyjacielu.
                                                                                                Blaise Zabini.


Gdy skończyłem czytać, rozległo się głośne pukanie do drzwi. Wstałem, zły na osobę, która ośmieliła się to zrobić, ale moją złość zastąpiło ogromne zdziwienie, gdy zobaczyłem, kto stał za drzwiami.
-Musimy porozmawiać- powiedział Potter, rozglądając się po pokoju, który zajmowałem.
Wpuściłem go do środka, a ten natychmiast zajął jedyne wolne od moich rzeczy krzesło.
-Posłuchaj Malfoy, jesteś jedyną osobą, która może nam pomóc. Śmierciożercy próbują się odrodzić. Potrzebujemy kogoś, kto zorientuje się w sytuacji. Oni Ci zaufają. A przede wszystkim, my Ci ufamy. Potrzebujemy właśnie Ciebie.
-No to udało Ci się mnie zaskoczyć- powiedziałem do niego, zmuszając się do uśmiechu.
Nie musiał mi mówić, z czym to się wiąże, bo dobrze wiedziałem.
Jeden zły ruch i wszystko zniszczę, a wtedy zginę.
List od Blaise’a przyciągał mój wzrok.
„Chcę, byś się nimi zaopiekował”
Walcząc z działalnością Śmierciożerców mogłem zapewnić im bezpieczeństwo, bo jeśli Ci by się odrodzili, ani Hermiona ani jej syn nie byliby bezpieczni.
„Spraw by byli szczęśliwi.”
Hermiona chciał, bym odszedł. Może moja nieobecność pozwoli jej być szczęśliwą? Chyba nigdy się tego nie dowiem.
-Kiedy mam zacząć?- spytałem nagle, a twarz Chłopca, Który Przeżył, rozświetlił uśmiech.


Dwa tygodnie po rozmowie z Potter’em wylądowałem na, jakby się wydawało, pustkowiu. Dopiero kilka dni później udało mi się skontaktować z kilkoma Śmierciożercami, którzy chcieli kontynuować idee Czarnego Pana.
Jestem z nimi już od dwóch miesięcy.
Kilka razy przestawali mi ufać, patrzyli na mnie krzywo. Testowali mnie, chcąc sprawdzić, czy aby na pewno jestem po ich stronie.
Teraz jednak, ufają mi już całkowicie.
Za kilka dni przeprowadzamy atak na małą, mugolską wioskę- ma to być ostrzeżenie dla Ministerstwa.
Potter i jego ludzie o wszystkim wiedzą. Będą tam; o wiele liczniejsi niż dawni poplecznicy Voldemorta, o wiele lepiej przygotowani.
Nie mam wątpliwości kto wygra.
Nie mogę jednak przewidzieć, ile w międzyczasie osób zginie.


Uchyliłem powieki, a rażące światło zaślepiło mi oczy. Chwilę później zrobiłem to samo, już z lepszym skutkiem.
-Draco…- delikatny, cichy głos przebił się do mojej świadomości.
Nie byłem jednak w stanie odpowiedzieć.
Przypomniałem sobie walkę. Zdziwienie Śmierciożerców, gdy stanąłem po stronie Ministerstwa.
Każdy z nich chciał mnie zabić.
Jeśli tu leżę, to im się nie udało.
Ostatnie, co pamiętam, to twarz Nott’a, który stał przede mną z wyciągniętą różdżką.
Co się stało, że nie zginąłem?
Bardziej, niż kiedykolwiek potrzebowałem Potter’a.
-Jak się czujesz, Draconie?- obcy, męski głos.
Próbowałem mu odpowiedzieć, jednak cały czas nie mogłem. Coś zaślepiło mi oczy, więc je przymknąłem.
-Weźcie to- udało mi się wychrypieć wreszcie, a chwilę później oplotły mnie chude ramiona mojej matki.
Słyszałem, że obcy głos coś jeszcze mówił, a później ponownie zapadłem się w ciemność.


Kolejne otwarcie oczu wypadło już lepiej. Nic mnie nie oślepiło, i chwilę później mogłem się rozejrzeć po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem.
Wszystko, począwszy od ścian, a skończywszy na pościeli, było białe. Na krześle obok łóżka, spała moja matka.
Wzruszenie ścisnęło moje gardło, gdy uświadomiłem sobie, że siedzi tu zapewne od dłuższego czasu.
Próbowałem podnieść się do pozycji siedzącej, ale ból, które przeszył moje ciało był nie do zniesienia. Wydałem z siebie cichy jęk i opadłem na poduszki.
To jednak wystarczyło, by obudzić Narcyzę.
-Nareszcie do nas wróciłeś, synku- powiedziała z taką czułością, że musiałem odwrócić wzrok.
Podała mi szklankę z wodą, i delikatnie podnosząc mi głowę, pomogła mi się napić. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem spragniony.
-Ile już tu jestem?- spytałem zachrypniętym głosem; nadal miałem problemy z mówieniem.
-Od dwóch tygodni- powiedziała cicho.
Proste działanie wykonane w mojej głowie i już wiedziałem, że nie widziałem Hermiony od cały trzech miesięcy.
Ciekawe, co u niej.
-Mam coś dla Ciebie- powiedziała nagle matka, zrywając się ze swojego miejsca.
Najpierw podała mi małą karteczkę, na której narysowane były trzy niekształtne ludziki i kilka serduszek. Pod nimi koślawe literki, zapewne z małą pomocą nakreśliły słowa „Dla Draco” i „tęsknię”.
-Matt bardzo się starał- powiedziała, gdy walczyłem ze łzami.
-Poznałaś go?- wychrypiałem, a ona pokiwała głową i podała mi coś jeszcze.
Była to mała fotografia, na której byli Hermiona i Matt.
-Spójrz na drugą stronę- podpowiedziała.
Było tam kilka słów, jednak jeszcze żadne nie poruszyły tak mną, jak te.

Tęsknimy za Tobą, Draco. Wracaj do nas szybko.
Hermiona. 


Wróciłem jednak do nich dopiero po dwóch miesiącach. Najpierw musiałem dojść do siebie, później potrzebowałem długiej i nużącej rehabilitacji.
Walczyłem jednak dzielnie, bo wtedy miałem już dla kogo.
Hermiona i Matt byli moja największą motywacją.
Nigdy nie zapomnę widoku, który powitał mnie, gdy przy pomocy Potter’a wysiadałem z mugolskiego samochodu, przed domem Granger.
Pierwszy podbiegł do mnie jej syn. Podszedł i zwyczajnie mnie przytulił.
-Długo Cię nie było- powiedział oskarżycielsko, a następnie pobiegł do domu, jak zrozumiałem, po piłkę, byśmy wreszcie mogli się pobawić.
Później podeszła do mnie Ona. Wyglądała inaczej, jednak dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego.
Gdy zobaczyła, na co patrzę, zaśmiała się i podeszła bliżej.
-Teraz już nie będziesz mógł odejść- powiedziała z uśmiechem, a gdy dalej patrzyłem na nią ze zdziwieniem, zwyczajnie mnie przytuliła.
-Za niecałe pięć miesięcy zostaniesz tatusiem, to do czegoś zobowiązuje- powiedziała z ironicznym uśmiechem na ustach, a później mnie pocałowała.
-Nigdy więcej nie odchodź- usłyszałem od niej jeszcze- Nawet jeśli każę Ci odejść.


Miesiąc później stanęliśmy przed ołtarzem, przysięgając sobie miłość do śmierci, a cztery miesiące po tej uroczystości na świat przyszła mała Miranda Malfoy.
Od tamtej pory mogliśmy już być szczęśliwi. I byliśmy. Już na zawsze.


„Aby znaleźć miłość, nie pukaj do każdych drzwi. Gdy przyjdzie twoja godzina, sama wej­dzie do twego domu, w twe życie, do twego serca.”



5 komentarzy:

  1. Świetna miniaturka - z początku, czytając o tym, że Blaise był z Hermioną, byłam naprawdę zdziwiona. Rzadko spotyka się z tym pairingiem. xD Później, gdy to wszystko przerodziło się w Dramione, naprawdę mnie zachwyciło. Fajnie, lekko napisane. Podoba mi się. c:

    Pozdrawiam serdecznie,
    Vilene (nie-pytaj-mnie-o-jutro.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać to samo, co moja poprzedniczka.
    Napisałaś naprawdę świetną miniaturkę, która pokazuje jak potężna jest miłość.:)
    OD samego początku miałam na twarzy uśmiech, mimo, że były w niej momenty tragiczne.
    Czekam na kolejne perełki Twojej twórczości.:)
    Pozdrawiam,
    la_tua_cantante_

    www.amor-deliria-nervosa-dramione.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawie zero przekazanych uczuć między Draco i Hermioną - tylko seks i jego powrót ze szpitala. Zabrakło mi przemyśleń Hermiony. Cała fabuła tak sobie "przeleciała". Jednak mimo to, spodobała mi się i myślę, że każda Twoja kolejna miniaturka będzie co raz lepsza :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super :-) Zaniepokoiłam się gdy przeczytałam , że Hermiona jest z Zabinim , ale końcówka mnie zachwyciła :-)
    Czekam na kolejną !!

    mojeminiopowiadania.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie przepadam za miniaturkami - według mnie nie da się opisać na kilku stronach całej historii. Tobie się to udało. Wyszło Ci cudownie. Wzruszająco i prawdziwie. Podobało mi się bardzo.
    Nie byłabym oczywiście sobą gdybym nie dodała, że miałam małą nadzieję, że Draco umrze. Ale ja już taka jestem - cieszę się, kiedy na koniec główny bohater umiera.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń