wtorek, 27 sierpnia 2013

Miniaturka I- "Praw­dzi­wa miłość zaczy­na się tam, gdzie nicze­go już w za­mian nie oczekuje. "


„Każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia. Miłość bez cierpienia nie jest miłością”



Palcami wystukiwałem nerwowy rytm na restauracyjnym stole. Od dziecka uczony byłem punktualności, więc i tego samego wymagałem od osób, z którymi się umawiałem. Był jednak ktoś, kto tego nie rozumiał, więc i nie przestrzegał. Na niego właśnie czekałem już od pół godziny.
Mój przyjaciel, którego z niecierpliwością oczekiwałem miał pojawić się piętnaście minut temu. Czekałem na niego tylko dlatego, że nie widzieliśmy się od pół roku, oraz dlatego, że miał mi dzisiaj przedstawić swoją narzeczoną.
Byłem ciekawy, kim ona jest, bo Blasie powiedział mi, że na pewno mnie to zdziwi.
Bardziej dziwił mnie sam fakt, że Zabini miał narzeczoną, a co za tym idzie- zamierzał się ustatkować. Nie mam pojęcia, jak chciał to zrobić- po wojnie jego majątek został skonfiskowany, on sam nie potrafił odnaleźć się w żadnym zajęciu, choć próbował wielu rzeczy; ostatecznie zawsze o pomoc zwracał się do mnie.
I ten mężczyzna chciał założyć rodzinę?
Drzwi restauracji otworzyły się nagle, a ja podniosłem wzrok, mając nadzieję, że nareszcie Zabini raczył się zjawić.
To jednak nie był mój przyjaciel.
Stała tam Ona, w luźnej, kwiecistej sukience, z rozpuszczonymi włosami, rozglądając się dookoła, jakby kogoś szukała.
Hermiona Granger.
Widziałem ją po raz pierwszy od sześciu lat, a nadal wyzwalała u mnie takie same uczucia jak w Hogwarcie.
W pewnym momencie odwróciła się, a jej wzrok spoczął na mnie. W tej samej chwili na jej twarz wypłynął zdradziecki rumieniec, a ona sama natychmiast się odwróciła.
Chciałem do niej podejść. Przywitać się. Zaprosić do swojego stolika. Zrobić to, na co nie miałem odwagi, gdy mieliśmy po szesnaście lat- przeprosić ją. Mógłbym jej powiedzieć, że odkąd pamiętam żywiłem do niej pozytywne uczucia, ale nie mogłem się ujawnić- na przeszkodzie stało jej pochodzenie. Być może także moje.
Nim jednak zdołałem wykonać jakikolwiek ruch ktoś do niej podszedł.
Blaise Zabini, który właśnie wszedł do restauracji objął ją ramieniem, i wkrótce oboje- on uśmiechnięty, ona zakłopotana- ruszyli w stronę mojego stolika.
-Witaj, Draco.


Po zakończeniu kolacji, która męczyła mnie jak żadna inna, postanowiłem wybrać się na nocny spacer po mieście.
Przez cały wieczór wysłuchiwałem wywodów mojego przyjaciela i coraz bardziej czułem, że mamy ze sobą coraz mniej wspólnego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego.
Druga wojna zmieniła każdego, i doskonale zdałem sobie z tego sprawę. Większość osób zapamiętała to jako lekcje na przyszłość i za wszelką cenę starali się poprawić.
Patrząc na Blaise’a mam wrażenie, że nie liczy się on z niczym.
Może i zależy mu na Hermionie, może i cieszy się na to, że niedługo zostanie ojcem- powiedział mi, że to już za pięć miesięcy- ale jednak nadal pozostał głupim chłopakiem, który żyje z dnia na dzień, nie przejmując się przyszłością. Nie potrafię zrozumieć jego postępowania. Rodzina, którą chce założyć to wielka odpowiedzialność. Patrząc na niego, wydaje mi się, że nie potrafi zadbać sam o siebie- nie mówiąc o dziecku i narzeczonej.
Nie chodziło tu jednak tylko o jego bezmyślność.
Idąc na to spotkanie wydawało mi się, że mój przyjaciel chce poprawić nasze relacje, które przez ostatnie pół roku zdecydowanie osłabły.
On pozostał w kraju, ja trzy lata po wojnie wyprowadziłem się razem z matką do Francji. Ona zatrudniła się w eleganckim, choć mugolskim butiku, a ostatnio poznała nawet jakiegoś mężczyznę, przy którym widocznie odżyła.
Ja sam zajmuję się prawem czarodziei w francuskim Ministerstwie Magii.
Odzyskałem pieniądze, pozycję, szacunek- to, co straciłem zaraz po wojnie. Znów mogłem poczuć się lepszy od innych- to uczucie towarzyszyło mi nawet przy spojrzeniu na najlepszego przyjaciela, który nie dorobił się niczego.
Teraz jednak on miał coś, czego ja nigdy nie miałem.
Zdobył miłość.
A jego miłością okazała się Hermiona Granger- kobieta, którą podziwiałem od kilku lat, i której już nigdy nie będzie dane mi mieć.



Blaise kontaktował się ze mną od tamtego czasu trzy razy.
Pierwszy, gdy potrzebował dużej sumy pieniędzy. Na co one mu były- nie powiedział- a ja nie zamierzałem dopytywać. Wysłałem mu daną sumę, w końcu nadal był moim najlepszym przyjacielem.
Drugi raz skontaktował się ze mną, by zaprosić mnie na ślub swój i Hermiony, trzy miesiące po naszym spotkaniu w restauracji.
Nie chciałem tego oglądać. Nie chciałem widzieć, jak jedyna kobieta, która poruszyła moje serce oddaje się innemu. Zwłaszcza, ze był to mój przyjaciel.
Kolejny i ostatni raz rozmawialiśmy dwa miesiące po jego ślubie, gdy zadzwonił, by powiadomić mnie o tym, że urodził mu się syn. Ucieszyłem się, pomimo że był widocznym owocem miłości jego i Hermiony.
Ale mimo wszystko, Blaise pozostawał moim przyjacielem.
Wysyłałem im życzenia na każde święta i urodziny, oraz prezenty dla małego Matthew’a.
Od nich również dostawałem kartki z życzeniami, ale był to jedyny kontakt, jaki utrzymywaliśmy przez długi okres czasu.
Aż do pewnego telefonu, który odezwał się trzy lata po urodzeniu ich syna.


Samolot powoli przygotowywał się do lądowania, więc zapiąłem pasy.
Ten mugolski sposób podróżowania wydawał mi się najwygodniejszy i zwyczajnie przyjemny- uwielbiałem znajdować się tak wysoko nad ziemią- ale również czasochłonny, co dawało dużo chwil, podczas których mogłem wszystko przemyśleć.
Nigdy nie spodziewałem się, że będę wracał w rodzinne strony tylko po to, by pożegnać się z moim przyjacielem.
Po to, żeby towarzyszyć mu w ostatniej drodze.
Śmierć bliskiej osoby zawsze niesie ze sobą dużo pytań, na które brak odpowiedzi.
Czy zawsze postępowaliśmy słusznie? Czy zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, co było w naszej mocy?
Pojawia się wiele słów, które chciałoby się powiedzieć, ale wiemy, że nigdy już nie będziemy mogli tego zrobić.
O jego śmierci powiadomiła mnie Kay- jego kuzynka, z którą od długiego czasu pozostawałem w przyjacielskich stosunkach.
Dowiedziałem się, że Blaise ciężko chorował od ponad dwóch lat. Nikt mi o tym nie powiedział.
Nikt nie powiadomił mnie, że mój przyjaciel może umrzeć.
Miałem o to pretensje do każdego.
Dopiero teraz zrozumiałem, że problem mógł leżeć we mnie. Gdybym bym prawdziwym przyjacielem, próbowałbym się z nim skontaktować w trakcie tego okresu. Gdybym bym prawdziwym przyjacielem, on sam chciałby mi o tym powiedzieć. Mógłbym być przy nim, wspierać jego, a także Hermionę i ich synka.
Może gdybym wiedział, mógłbym jakoś pomóc.
Ale coś w głowie uporczywie podpowiadało mi, że nawet gdybym wiedział, nic nie mógłbym zrobić. Nie byłem przecież cudotwórcą.
Jedyne, co mogłem mu wtedy ofiarować były moje pieniądze, które i tak nic by nie pomogły.
Najbardziej bolał mnie fakt, że nie zdążyłem się pożegnać i choć nie wiem, jakbym chciał, czasu już nie cofnę.
Nie cofnę wszystkich złych słów, które wypowiedziałem pod jego adresem.
Potrząsnąłem głową i przymknąłem powieki, pod którymi gromadziły się łzy.
Muszę być silny.
Płacz i cierpienie nic już nie zmieni.
Jego już nie ma. Na zawsze.


 Mały, ale dobrze wyglądający kościółek nie przyciągał wzroku przechodniów. Mój jednak już tak. Za nią znajdował się cmentarz, na którym spocząć miało ciało mojego przyjaciela, o czym starałem się na razie nie myśleć.
Gdy wszedłem do środka, pogrzeb już trwał.
-Cudowny mąż, wspaniały ojciec…- mówił ksiądz, a ja starając się nie patrzeć na trumnę stojącą przy ołtarzu, próbowałem pozostać niezauważony.
W tak małym kościele było to jednak niemożliwe, dlatego zaraz po moim wejściu osoby siedzące z tyłu odwróciły wzrok. Przesadą wydawał mi się jednak fakt, że i ksiądz zainteresował się moim przyjściem i przerwał kazanie. Wtedy patrzył na mnie już każdy.
Mnie zaś interesowała tylko jednak osoba. Zauważyłem ją w końcu; siedziała w pierwszej ławce, na kolanach trzymała małe dziecko. Obok niej dostrzegłem dwie rude czupryny i jedną czarną- ucieszyłem się, że ma w nich oparcie. Pierwszy raz naprawdę cieszyłem się na widok Potter’a i któregoś z Weasley’ów.
Szybko zająłem pierwsze wolne miejsce, obok zapłakanej, starszej kobiety i wsłuchałem się w słowa księdza.


Człowiek jest tylko sumą oddechów. Nie jestem pewien, ale chyba gdzieś przeczytałem to zdanie. Przypomniało mi się nagle, po wyjściu z kościoła, i nieprzerwanie tłukło mi się po głowie.
Obserwowałem ludzi, którzy już po zakończeniu całego pogrzebu wsiadali do mugolskich samochodów, lub szli do małej uliczki za kościołem, by stamtąd swobodnie się teleportować. Każdy podchodziły do Hermiony, składał jej kondolencje i odchodził. Wszyscy po kolei odchodzili.
Byłem jednym z ostatnich osób, jaka do niej podeszła. Spojrzała na mnie i chyba chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko szloch.
Ron, który do niej podszedł chyba chciał ją objąć, ale uprzedziłem go, a ona ufnie się we mnie wtuliła.
Wtedy właśnie postanowiłem w najbliższym czasie pozostać przy niej. Przynajmniej do momentu, w którym stanie na nogi.


Od śmierci Blasie’a minęły dwa miesiące, a ja właśnie wylądowałem w jakimś obskurnym, przydrożnym hotelu. W tym momencie przeklinałem moją uległość wobec Granger- obecnie Zabini- i fakt, że chciałem być jak najbliżej niej.
Przez ponad dwa tygodnie od pogrzebu Hermiona była niezdolna do życia. Nie chciała jeść, nie mogła spać, prawie nie funkcjonowała. Rozmawiała jedynie z Ginny, mnie, nie wiedzieć czemu, nie chciała nawet widzieć.
Potter i Weasley również nie rzucili mi się w ramiona i chyba oczekiwali, że gdy pożegnam mojego przyjaciela, od razu zniknę.
Jednak ani oni, ani Hermiona nie wiedzieli wszystkiego.
Kilka dni po tej przykrej uroczystości, w której brałem udział, zostałem wezwany przez prawnika państwa Zabini.
Jak się okazało, wszystko co miał, Blaise przekazał Hermionie. Nie było tego jednak wiele, co więcej- pozostawił ją z długami i nakazem wyprowadzenia się z ich dotychczasowego mieszkania.
Mi zaś pozostawił jedynie list, który ściskałem teraz w dłoniach, jak ostatnią deskę ratunku.
Prawnik Blaise’a- Jonathan Cravenmoor- był człowiekiem bardzo konkretnym, ale też litościwym, a przede wszystkim, bardzo lubił Hermionę i miał do niej słabość.
Szybko udało mi się go przekonać, by nie mówić jej o długach, które zresztą od razu spłaciłem.
Później pozostało mi już tylko przekonać do siebie dziewczynę. Dzięki litości Ginny, która przygotowała dla mniej jeden z pokoi w mieszkaniu Hermiony, i wbrew sprzeciwom przyjaciółki pozwoliła mi zamieszkać tam, ile tylko będę chciał, mogłem codziennie mieć kontakt z Granger, nawet jeśli tego sobie nie życzyła.
Mimo, że moje stosunki z dziewczyną od początku nie układały się po mojej myśli to z małym Matt’em od razu złapałem dobry kontakt.
Było to o tyle dziwne, że nigdy nie zajmowałem się żadnym dzieckiem, ani nawet nie chciałem tego robić, a z małym Zabinim spędzałem ostatnio więcej czasu, niż z kimkolwiek innym. Stał się dla mnie nieodłączną częścią życia i nie dopuszczałem do siebie myśli, że gdy Miona stanie na nogi, to zwyczajnie wyrzuci mnie ze swojego domu. 
-Dziękuję Ci za wszystko, co zrobiłeś dla mnie i dla Matt’a, ale od tego momentu jesteśmy w stanie radzić sobie sami- powiedziała mi pewnego dnia, wystawiając do przedpokoju walizki z moim małym dobytkiem, który miałem ze sobą.
Nie pozwoliła mi nic powiedzieć. Pocałowała mnie delikatnie w policzek i odsunęła się, dając mi wolną drogę do odejścia.
-Jeśli myślisz, że tak po prostu stąd wyjdę, to jesteś w błędzie, Granger.
Po tych słowach wręcz się na nią rzuciłem. Nigdy nikogo nie całowałem tak, jak jej. Nigdy nikogo nie pragnąłem pocałować tak mocno, jak ją.
Oddała mój pocałunek i przyciągnęła mnie do siebie, tym samym dają mi przyzwolenie na więcej.
Zatraciliśmy się w sobie, a nasze ciała, po krótkich pieszczotach, stały się jednością.  

-Wyjdź.
Jedno, jedyne słowo, które powiedziała, gdy już się ubraliśmy.
Później zostawiła mnie samego. Uczucie, które mnie obezwładniło, było mi całkowicie obce. Dopiero później zrozumiałem, że było to odrzucenie.
Ja, Draco Malfoy, czułem się odrzucony.
Bolała mnie moja duma, która ucierpiała. Bolało moje zranione, przerośnięte ego.
Ale najbardziej bolało moje biedne, złamane serce, w którego istnienie wiele osób wciąż wątpi.

Dlatego właśnie wylądowałem w tym miejscu. Było okropne, ale też był to najbliższy mieszkaniu Hermiony hotel.
Rozprostowałem list, który machinalnie zgniotłem w dłoni i zacząłem czytać go ponownie, wręcz słysząc w głowie głos przyjaciel i widząc go, gdy sprawną ręką kreślił litery na drogim papierze.


Drogi Draco,
Jeśli to czytasz, to znaczy, że przegrałem. Cóż, pewnie Cię to nie zdziwi, prawda? Przecież w moim życiu nic się nie udawało. To Ty zawsze byłeś tym lepszym. Wiesz, że chciałem osiągnąć to, co miałeś Ty?
Może nie powinienem tego pisać, ale teraz to nie ma już większego znaczenia, a chciałem wyjawić wszystko, i wyjaśnić wszystkie niedopowiedzenia. Jeden, jedyny raz czułem się lepszy od Ciebie, a radość, którą wtedy odczuwałem, towarzyszy mi do dzisiaj. Chyba już wiesz, kiedy to było?
Napisałem, że nic mi się w życiu nie udawało. To nie do końca prawda.
Udały mi się dwie rzeczy.
Znalazłem kobietę mojego życia.
Ta kobieta, po pewnym czasie dała mi syna.
 To coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze i Ty o tym wiesz, Draco.
Wiedziałem o tym, że już w Hogwarcie, że żywisz do niej jakieś cieplejsze uczucia, ale nie przyznawałeś się sam przed sobą do tych uczuć, więc tym bardziej nie przyznałbyś się przede mną.
Wystarczył mi jednak Twój wzrok, tamtego wieczoru, gdy powiedziałem Ci, że jest moją narzeczoną, bym wiedział, że nadal coś do niej czujesz.
Pierwszy raz miałem to, czego nie miałeś Ty i dopiero teraz widzę, jak śmiesznie dumny z tego byłem.
Wiem jednak, że nie byłem godny, by to posiąść.
Hermiona jest cudowną kobietą, a Matt cudownym dzieckiem. Oboje potrzebują ciepła, miłości, prawdziwego domu.
Wiem, że Ty jesteś jedyną osobą, która może im to zapewnić.
To jest moja ostatnia wola. Chyba powinno się taką mieć, prawda?
Chcę, byś się nimi zaopiekował. Być może, kiedyś Hermiona odwzajemni Twoje uczucie, a wtedy będzie mogli stworzyć prawdziwą rodzinę.
Proszę, spraw by byli szczęśliwi.
Liczę na Ciebie, mój przyjacielu.
                                                                                                Blaise Zabini.


Gdy skończyłem czytać, rozległo się głośne pukanie do drzwi. Wstałem, zły na osobę, która ośmieliła się to zrobić, ale moją złość zastąpiło ogromne zdziwienie, gdy zobaczyłem, kto stał za drzwiami.
-Musimy porozmawiać- powiedział Potter, rozglądając się po pokoju, który zajmowałem.
Wpuściłem go do środka, a ten natychmiast zajął jedyne wolne od moich rzeczy krzesło.
-Posłuchaj Malfoy, jesteś jedyną osobą, która może nam pomóc. Śmierciożercy próbują się odrodzić. Potrzebujemy kogoś, kto zorientuje się w sytuacji. Oni Ci zaufają. A przede wszystkim, my Ci ufamy. Potrzebujemy właśnie Ciebie.
-No to udało Ci się mnie zaskoczyć- powiedziałem do niego, zmuszając się do uśmiechu.
Nie musiał mi mówić, z czym to się wiąże, bo dobrze wiedziałem.
Jeden zły ruch i wszystko zniszczę, a wtedy zginę.
List od Blaise’a przyciągał mój wzrok.
„Chcę, byś się nimi zaopiekował”
Walcząc z działalnością Śmierciożerców mogłem zapewnić im bezpieczeństwo, bo jeśli Ci by się odrodzili, ani Hermiona ani jej syn nie byliby bezpieczni.
„Spraw by byli szczęśliwi.”
Hermiona chciał, bym odszedł. Może moja nieobecność pozwoli jej być szczęśliwą? Chyba nigdy się tego nie dowiem.
-Kiedy mam zacząć?- spytałem nagle, a twarz Chłopca, Który Przeżył, rozświetlił uśmiech.


Dwa tygodnie po rozmowie z Potter’em wylądowałem na, jakby się wydawało, pustkowiu. Dopiero kilka dni później udało mi się skontaktować z kilkoma Śmierciożercami, którzy chcieli kontynuować idee Czarnego Pana.
Jestem z nimi już od dwóch miesięcy.
Kilka razy przestawali mi ufać, patrzyli na mnie krzywo. Testowali mnie, chcąc sprawdzić, czy aby na pewno jestem po ich stronie.
Teraz jednak, ufają mi już całkowicie.
Za kilka dni przeprowadzamy atak na małą, mugolską wioskę- ma to być ostrzeżenie dla Ministerstwa.
Potter i jego ludzie o wszystkim wiedzą. Będą tam; o wiele liczniejsi niż dawni poplecznicy Voldemorta, o wiele lepiej przygotowani.
Nie mam wątpliwości kto wygra.
Nie mogę jednak przewidzieć, ile w międzyczasie osób zginie.


Uchyliłem powieki, a rażące światło zaślepiło mi oczy. Chwilę później zrobiłem to samo, już z lepszym skutkiem.
-Draco…- delikatny, cichy głos przebił się do mojej świadomości.
Nie byłem jednak w stanie odpowiedzieć.
Przypomniałem sobie walkę. Zdziwienie Śmierciożerców, gdy stanąłem po stronie Ministerstwa.
Każdy z nich chciał mnie zabić.
Jeśli tu leżę, to im się nie udało.
Ostatnie, co pamiętam, to twarz Nott’a, który stał przede mną z wyciągniętą różdżką.
Co się stało, że nie zginąłem?
Bardziej, niż kiedykolwiek potrzebowałem Potter’a.
-Jak się czujesz, Draconie?- obcy, męski głos.
Próbowałem mu odpowiedzieć, jednak cały czas nie mogłem. Coś zaślepiło mi oczy, więc je przymknąłem.
-Weźcie to- udało mi się wychrypieć wreszcie, a chwilę później oplotły mnie chude ramiona mojej matki.
Słyszałem, że obcy głos coś jeszcze mówił, a później ponownie zapadłem się w ciemność.


Kolejne otwarcie oczu wypadło już lepiej. Nic mnie nie oślepiło, i chwilę później mogłem się rozejrzeć po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem.
Wszystko, począwszy od ścian, a skończywszy na pościeli, było białe. Na krześle obok łóżka, spała moja matka.
Wzruszenie ścisnęło moje gardło, gdy uświadomiłem sobie, że siedzi tu zapewne od dłuższego czasu.
Próbowałem podnieść się do pozycji siedzącej, ale ból, które przeszył moje ciało był nie do zniesienia. Wydałem z siebie cichy jęk i opadłem na poduszki.
To jednak wystarczyło, by obudzić Narcyzę.
-Nareszcie do nas wróciłeś, synku- powiedziała z taką czułością, że musiałem odwrócić wzrok.
Podała mi szklankę z wodą, i delikatnie podnosząc mi głowę, pomogła mi się napić. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem spragniony.
-Ile już tu jestem?- spytałem zachrypniętym głosem; nadal miałem problemy z mówieniem.
-Od dwóch tygodni- powiedziała cicho.
Proste działanie wykonane w mojej głowie i już wiedziałem, że nie widziałem Hermiony od cały trzech miesięcy.
Ciekawe, co u niej.
-Mam coś dla Ciebie- powiedziała nagle matka, zrywając się ze swojego miejsca.
Najpierw podała mi małą karteczkę, na której narysowane były trzy niekształtne ludziki i kilka serduszek. Pod nimi koślawe literki, zapewne z małą pomocą nakreśliły słowa „Dla Draco” i „tęsknię”.
-Matt bardzo się starał- powiedziała, gdy walczyłem ze łzami.
-Poznałaś go?- wychrypiałem, a ona pokiwała głową i podała mi coś jeszcze.
Była to mała fotografia, na której byli Hermiona i Matt.
-Spójrz na drugą stronę- podpowiedziała.
Było tam kilka słów, jednak jeszcze żadne nie poruszyły tak mną, jak te.

Tęsknimy za Tobą, Draco. Wracaj do nas szybko.
Hermiona. 


Wróciłem jednak do nich dopiero po dwóch miesiącach. Najpierw musiałem dojść do siebie, później potrzebowałem długiej i nużącej rehabilitacji.
Walczyłem jednak dzielnie, bo wtedy miałem już dla kogo.
Hermiona i Matt byli moja największą motywacją.
Nigdy nie zapomnę widoku, który powitał mnie, gdy przy pomocy Potter’a wysiadałem z mugolskiego samochodu, przed domem Granger.
Pierwszy podbiegł do mnie jej syn. Podszedł i zwyczajnie mnie przytulił.
-Długo Cię nie było- powiedział oskarżycielsko, a następnie pobiegł do domu, jak zrozumiałem, po piłkę, byśmy wreszcie mogli się pobawić.
Później podeszła do mnie Ona. Wyglądała inaczej, jednak dopiero po chwili zrozumiałem, dlaczego.
Gdy zobaczyła, na co patrzę, zaśmiała się i podeszła bliżej.
-Teraz już nie będziesz mógł odejść- powiedziała z uśmiechem, a gdy dalej patrzyłem na nią ze zdziwieniem, zwyczajnie mnie przytuliła.
-Za niecałe pięć miesięcy zostaniesz tatusiem, to do czegoś zobowiązuje- powiedziała z ironicznym uśmiechem na ustach, a później mnie pocałowała.
-Nigdy więcej nie odchodź- usłyszałem od niej jeszcze- Nawet jeśli każę Ci odejść.


Miesiąc później stanęliśmy przed ołtarzem, przysięgając sobie miłość do śmierci, a cztery miesiące po tej uroczystości na świat przyszła mała Miranda Malfoy.
Od tamtej pory mogliśmy już być szczęśliwi. I byliśmy. Już na zawsze.


„Aby znaleźć miłość, nie pukaj do każdych drzwi. Gdy przyjdzie twoja godzina, sama wej­dzie do twego domu, w twe życie, do twego serca.”



piątek, 23 sierpnia 2013

Zakazana miłość X

Ginny Weasley podniosła obolałą głowę i spojrzała na zegarek stojący na szafce nocnej. Zdziwiła się bardzo, gdy okazało się, że nie ma zegarka; nie zgadzało się również więcej szczegółów. Przetarła zaspane oczy i rozejrzała się po pomieszczeniu. Dopiero po chwili zorientowała się, że znajduje się w Pokoju Wspólnym Gryfonów, a nie w swoim dormitorium.
Przeczesała palcami włosy, zastanawiając się nad tym, jak to możliwe, że znajduje się tutaj, skoro była pewna, że zasypiała w swoim łóżku.
-Musiałam być bardzo zmęczona..- mruknęła do siebie, a następnie podniosła obolałe ciało z kanapy, na której spała.
Wzięła swoje buty, które zauważyła obok kominka i, ziewając co chwila, ruszyła w stronę swojej sypialni.


Ta pobudka nie była przyjemna. Hermiona poczuła, że coś boleśnie wbija się w jej lewą rękę. Otworzyła lekko powieki, ale słońce bardzo skutecznie sprawiło, że ponownie je zamknęła. Po chwili ponownie je uniosła i spojrzała na swoją lewą rękę. Gdy zauważyła krew, szybko usiadła; nie było to dobrym pomysłem, bo zakręciło się jej w głowie, przez co kolejną chwilę spędziła bez wykonywania żadnych gwałtownych ruchów, by zawroty głowy ustały. Gdy już się z nimi uporała, ponownie przeniosła wzrok na swoją rękę, i cicho syknęła. Gdy tylko udało jej się podnieść obolałą kończynę, w którą, jak udało jej się po chwili zauważyć, wbiła się mała gałązka.
-Tylko nie to..- powiedziała cicho, wpatrując się jak zahipnotyzowana w ranę.
Po chwili ocknęła się i rozejrzała dookoła.
 -Harry?- powiedziała cichym, drżącym głosem.
-Harry!- powtórzyła bardziej płaczliwie, ale nikt jej nie odpowiedział. Rozglądała się dookoła, ale nigdzie nie było ani Harry’ego, ani Malfoy’a.
Obok niej leżała różdżką, którą chwyciła w zdrową rękę; kawałek dalej zauważyła torebkę, którą dostali od Założycieli, jednak nie miała siły, by wstać i ją podnieść. Krew coraz mocniej ciekła jej z rany, a obraz zaczął się zamazywać.
Zmęczenie, oaz przede wszystkim widok krwi, której nie znosiła sprawił, że Hermiona zemdlała.


Trawa, na której leżał było stosunkowo wygodna, a święcące z góry słońce sprawiało, że było mu ciepło, dlatego Potter, zamiast bezsensu krążyć po lesie w poszukiwaniu swoich współtowarzyszy, postanowił poleżeć, zregenerować siły, a przede wszystkim pomyśleć, jak odnaleźć Hermionę i Malfoy’a.
Byli przygotowani do walki i do wielu rzeczy, które mogły ich spotkać, ale nie przewidzieli co stanie się, gdy zostaną rozdzieleni. Uzbrojeni byli jedynie w różdżki, oraz prezent od Założycieli, który jednak miała Granger.
Gdy słońce zmieniło swoje położenie i zaczął wiać lekki, chłodny wiatr, chłopak podniósł się z miejsca, wyznaczył różdżką północ, i ruszył w tamtym kierunku.



Najmłodsza latorośl Weasley’ów szła szybko korytarzem, raz po raz wpadając na ludzi. Rzucała krótkie przepraszam i dalej szła jeszcze szybciej. Jej punktem docelowym była biblioteka.
Gdy tam dotarła powitało jej surowe spojrzenie bibliotekarki.
-Dzień dobry- bąknęła do niej cicho i ruszyła w stronę wysokich regałów.
Gdy stanęła za jednym z nich odetchnęła głęboko i próbowała się uspokoić. Próbowała przypomnieć sobie, jakim cudem znalazła się na kanapie w pokoju wspólnym, ale choć próbowała, do głowy przychodziło jej tylko wspomnienie z powrotu do jej sypialni.
Gdy wróciła do swojego dormitorium, jak się okazało, była godzina piąta rano. Mimo to, jednak z jej współlokatorek nie spała.
-Gdzie tak nagle wyszłaś?- spytała jej, a Ginny w jej oczach zauważyła niepohamowaną ciekawość.
-Wyszłam?- odpowiedziała jej zaskoczona Ruda, na co dziewczyna skinęła głową.
-Nie mogłam spać, więc widziałam. Myślałam, że Wy wszystkie śpicie, ale nagle Ty wstałaś i wyszłaś. Byłaś ubrana, na początku myślałam, że po prostu zasnęłaś w ubraniu ze zmęczenia, a tu się okazało, że chodziło jednak o wymknięcie się.. Kim jest ten szczęściarz?- spytała z dziwnym błyskiem w oku.
„Że też musiałam trafić akurat na nią” pomyślała zła na współlokatorkę, ale następnie jej myśli zajęło coś innego.
Jej pierwszy rok w Hogwarcie, opętanie.. Dawało mniej- więcej podobne objawy.
-Tylko nie to…- powiedziała wtedy do siebie i jak najszybciej wyszła z sypialni, by przemyśleć wszystko na spokojnie. Dlatego właśnie znalazła się w bibliotece- tylko tam można było spokojnie i w ciszy myśleć.
Wzięła kolejny głęboki wdech i zagłębiła się w stare regały pełne ksiąg.


-Granger, no dalej, otwórz oczy.
Hermiona przewróciła się jedynie na lewy bok i wcisnęła głowę w miękkie podłoże. Światło usilnie próbowało dostać się po jej powieki, a ona mogła je jedynie mocniej zaciskać.
-Zostaw mnie, chcę spać- warknęła, a jej głos został nieco stłumiony przez fakt, że twarz przyciskała do ziemi.
-Uf, przynajmniej wiem, że żyjesz- odpowiedział jej męski, znajomy głos.
Dłuższą chwilę zajęło dziewczynie pozbieranie się, aż wreszcie udało jej się usiąść.
-Malfoy? Co się stało?- spytała lekko zachrypniętym głosem. Na jej pytanie chłopak jedynie wzruszył ramionami.
-Gdzie Harry?- spytała po raz kolejny dziewczyna, rozglądając się dookoła.
-Nie mam pojęcia. Obudziłem się sam, później znalazłem Ciebie.. Nie chciałem się ruszać, mogłaś mieć coś uszkodzone, więc tylko podłożyłem Ci pod głowę bluzę i opatrzyłem ranę na Twojej ręce. Potrzebne eliksiry i bandaże znalazłem w tej torebce- dodał, pokazując jej prezent od Założycieli.
Słuchając go, Hermiona odwróciła się za siebie, a tam- ku swojemu ogromnemu zdziwieniu, naprawdę dostrzegła bluzę Malfoy’a, która złożona w kostkę, była imitacją poduszki.
-Dziękuję- powiedziała cicho, patrząc chłopakowi w oczy.
-Lepiej się już zbierajmy- odpowiedział jej na to, wstając- Zobacz, zbiera się na burzę- dodał.
Gdy Gryfonka spojrzała w niebo, musiała przyznać mu rację. Choć słońce nadal było widoczne na niebie, to z drugiej strony nadciągały ciemne, burzowe chmury.
Z niemałym wysiłkiem dziewczyna podniosła się z ziemi i otrzepała swoje ubranie. Następnie podniosła również bluzę chłopaka, otrzepała ją i oddała właścicielowi. Podziękował jej za to skinieniem głowy i odebrał swoją własność.
-Jak myślisz, co się stało z Harry’m?- spytała drżącym głosem, a jej oczy wypełniły się łzami.

„Tylko mi tu nie rycz” , pomyślał młody Malfoy, ale na głos powiedział tylko:

-Skoro my tu trafiliśmy, to on też tu na pewno jest. Znalazłem Cię blisko od miejsca, w którym sam wylądowałem, więc bardzo możliwie, że i on jest gdzieś niedaleko od nas. Dalej, ruszaj się, musimy szybko znaleźć jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy przeczekać tą burzę. Wydaje mi się, że nie mamy dużo czasu.
Gdy skończył mówić, gdzieś nad ich głowami zobaczyli piorun, a chwilę później głośny grzmot.


Harry Potter stał przed ogromnym zamkiem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Wszystko było dokładnie takie, jak to sobie zapamiętał. Niepokój i strach, który odczuwał ze względu na nieobecność swojej przyjaciółki szybko się ulotniły, gdy spoglądał na Hogwart.
-Witamy w domu- mruknął do siebie zadowolony, a następnie szybkim krokiem ruszył w stronę wejścia.
Postanowił udać się do gabinetu Dumbledore’a, by opowiedzieć mu wszystko, co wiedział i by pomóc w jak najszybszym odnalezieniu Hermiony.
Na korytarzach było pusto, co niezmiernie zdziwiło Potter’a, który od wejścia do zamku oczekiwał uczniów biegających po całym zamku. Po chwili jednak wzruszył ramionami i spokojnie kontynuował swoją drogę.
-POTTER! CO TO MA ZNACZYĆ?- usłyszał nagle głos profesor McGonagall, a na jego twarz wypłynął uśmiech.
Wyszedł zza rogu, gdzie spodziewał się ujrzeć opiekunkę swojego domu, ale po tym, co tam zobaczył, szybko cofnął się z powrotem. Jego oddech przyspieszył, a ręce drżały, gdy wyciągał różdżkę. Przymknął na chwilę powieki, a gdy je otworzył, ponownie wysunął się zza rogu.
-To szczyt nieodpowiedzialności! Jeśli myślałeś Potter, ze ujdzie Wam to płazem, to grubo się pomyliłeś!- krzyczała dalej McGonagall, jednak Chłopiec, Który Przeżył nie patrzył na nią.
Wpatrywał się w młodego chłopaka stojącego przed nią; miał czarne włosy, niedbale założoną szatę, okulary, a na twarzy zawadiacki uśmiech. Przede wszystkim jednak, był niesamowicie do niego podobny. Wciąż wpatrywał się w swojego młodego ojca, nie mogąc przestać.
-Śmieszy Cię coś, Black?- rozbrzmiał po raz kolejny ostry głos pani profesor, a Harry poczuł, jak uginają się pod nim kolana.
Chwilę wpatrywał się z niedowierzaniem w swojego ojca, chwilę w Syriusza, a później starając się nie narobić hałasu, pobiegł ku wyjściu z zamku.


Zmęczona Ginny szła w stronę Wielkiej Sali, na kolację. Cały dzień spędziła w bibliotece, jednak bez Hermiony poszukiwania te były bezowocne.
Gdy dotarła na swoje miejsce, które było koło Rona, ten od razu zasypał ją pytaniami.
-Gdzie Ty się podziewałaś przez cały dzień? Wczoraj też nigdzie Cię nie było- dodał, patrząc na nią oskarżycielsko.
-Ron! Nie jestem dzieckiem, nie musisz cały czas mnie pilnować. Dzisiaj cały dzień spędziłam w bibliotece, a wczoraj byłam zwyczajnie zmęczona- mówiła, przygotowując sobie tosta.
-Dlaczego ten Ślizgon tak na Ciebie patrzy?- warknął, nagle zmieniając temat.
Ruda uniosła głowę, by spojrzeć na stół Slytherinu, przygotowana na to, że Ślizgon, o którym mówił jej brat, to Zabini. Gdy jednak spojrzała w tamtą stronę, jej wzrok trafił na zupełnie innego Ślizgona, na Nott’a.
-Nie mam pojęcia- mruknęła, szybko odwracając twarz od stołu Ślizgonów.
Z spojrzeniu tego chłopaka wyczytała wiele niechęci, a nawet-jak jej się wydawało- szczerej nienawiści.
Szybko dokończyła kolację, zupełnie tracąc apetyt i zbywając brata kilkoma słowami, ponownie ruszyła do biblioteki. Tym razem jednak, zamierzała całkowicie poświęcić się sprawie przyjaciół, a nie swojej.



-A-psik!- kolejny raz usłyszał obok siebie Draco i kolejny raz przewrócił oczami.
Udało mu się powstrzymać pierwszy, niechciany przez niego odruch, by oddać dziewczynie swoją bluzę.
Oboje byli przemoknięci oraz bardzo zmęczeni długim marszem.
-Jesteś pewna, że pójście na północ to był dobry pomysł?- spytał z powątpieniem chłopak, gdy zatrzymali się na chwilę, by Hermiona mogła różdżką wyznaczyć właściwy kierunek.
Na pytanie Dracona, dziewczyna pokiwała jedynie głową, i chwilę później ruszyła w dalszą drogę.
Malfoy westchnął jedynie cicho, i poszedł za nią, w myślach podziwiając jej upór w dążeniu do celu i wiarę w siebie.
-Słyszałeś?- spytała Gryfonka, zatrzymując się nagle, przez co chłopak na nią wpadł. 
-Możesz tak nie robić?- warknął, odsuwając się od niej.
-Milcz, Malfoy!
Mimo, że a usta cisnęło mu się wiele słów, pozostał cicho, próbując usłyszeć to, co Hermiona.
-Chodźmy stąd- wyszeptał jej do ucha, i skręcił w lewo, przeciskając się między krzakami.
Dziewczyna rozejrzała się jeszcze dookoła, po czym szybko ruszyła za chłopakiem, nie chcąc stracić go z oczu.


 Jego życie nigdy nie było łatwe. Od najmłodszych lat musiał stawiać czoło przeciwnościom losu. Musiał radzić sobie sam; żyć bez wsparcia rodziców, z ludźmi, którzy najchętniej by się go pozbyli. Żyć ze świadomością, że jego rodzice oddali za niego swoje życie. Przez ostatnie kilka lat walczyć z mordercą. Przeżywać śmierć kolejnych bliskich osób i radzić sobie bez nich, ze świadomością, że zginęli przez niego.
Przeżył tak wiele, a jednak mimo to, widok jaki zastał w zamku, wstrząsnął nim dogłębnie. Nie spodziewał się tego, co tam zobaczył. Nigdy nie wyobrażał sobie, że będzie mógł stanąć twarzą w twarz ze swoimi rodzicami i ich przyjaciółmi.
Z każdą chwilą oddalał się od zamku i jednocześnie coraz bardziej zagłębiał się w leśne odstępy, ale mimo to kroczył dalej. Chciał oddalić się od miejsca, które od zawsze nazywał domem, oddalić od bolesnych wspomnień, pozostawić je za sobą.
Po pewnym czasie odczuwalne stało się dla niego zmęczenie, pomimo jego dobrej kondycji. Dlatego gdy tylko dostrzegł duży kamień, który idealnie nadawał się na postój, nie zastanawiając się, wdrapał się na niego. Mimo, że z miejsca, w którym się zatrzymał, doskonale widział niebo i płynące po nim chmury czuł, jakby wszystko go przytłaczało, jakby znajdował się w ciasnym pomieszczeniu, w którym zaraz zabraknie powietrza. Nic takiego się jednak nie działo, a on sam powoli odzyskiwał spokojny, wyrównany oddech.
Uniósł spojrzenie w górę i zapatrzył się w niebo, jednocześnie próbując powstrzymać niechciane łzy.
Obraz Hermiony i Draco zepchnął na sam koniec świadomości i pogrążył się w cierpieniu i ogromnej tęsknocie za rodzicami. Choć Ci, niespodziewanie dla niego, znaleźli się blisko, niczym na wyciągnięcie ręki, czuł jakby dzieliła ich przestrzeń nie do przebycia.
W istocie tak właśnie było, bo przecież oni nie mieli pojęcia o tym, kim on dla nich był, choć Harry jeszcze nie do końca to sobie w tamtej chwili uświadamiał.


Przetarła zmęczone oczy i stłumiła ziewnięcie, usilnie próbując nie zasnąć nad olbrzymią i nudną- przynajmniej dla niej- książką. Spojrzała na zegar, wiszący nad biurkiem bibliotekarki, a gdy zauważyła, że niedługo wybije godzina zamknięcia, postanowiła udać się do swojego dormitorium. Po odłożeniu księgi na miejsce i pożegnaniu bibliotekarki, wyszła na ciemny, pusty korytarz. Szła niespiesznie, myśląc o zaginionych przyjaciołach; zastanawiała się, jak sobie radzą.
Gdy zbliżała się do portretu Grubej Damy usłyszała nieprzyjemny hałas, więc szybko obróciła się. Za nią leżała przewrócona zbroja, ale oprócz niej niczego podejrzanego nie zauważyła. Sięgnęła do tylnej kieszeni spodni po różdżkę i ze strachem uświadomiła sobie, że jej tam nie ma.
„Musiała zostać w bibliotece”- pomyślała, coraz bardziej wystraszona.
Rozejrzała się dookoła, a gdy nikogo nie zauważyła, pobiegła w stronę wejścia do Pokoju Wspólnego Gryfonów.
Nim jednak dobiegła, ugodziło ją zaklęcie i upadła na zimną, twardą posadzkę.
-Przepraszam, ale tak trzeba- rozległ się szept, a chwilę później Ginny wstała i z nieprzytomnym spojrzeniem ruszyła w stronę lochów.


-Nie mam już siły- wysapała Hermiona, która wciąż szła za Malfoy’em.
Chłopak nie zwrócił uwagi na jej słowa, dziewczynie wydawało się, że wręcz przyspieszył. Spojrzała więc na niego karcąco, ale chłopak oczywiście nie mógł tego zauważyć. Wciąż uparcie szedł przed siebie, nie zwracając na nią najmniejszej nawet uwagi.
Gdy więc w pewnym momencie odwrócił się gwałtownie, zdziwiona dziewczyna wpadła na niego.
-Możesz tak nie robić?- mruknęła do niego, cytując jego słowa sprzed kilku godziny.
Za sprawą powtórzenia dziewczyny, na twarzy Dracona pojawił się uśmiech.
-Wydaje mi się, że dotarliśmy- powiedział do niej cicho, a następnie stanął za nią, by Hermiona mogła zobaczyć to, co on.
W miejscu, w którym się znaleźli całkowicie zniknęły krzaki i inna roślinność, która utrudniałaby poruszanie, co Gryfonka zauważyła dopiero wtedy. Zauważyła też ścieżkę, niedaleko miejsca, w którym się znajdowali, prowadzącą na błonia. Taką sama ścieżka jak ta, którą weszli do Zakazanego Lasu w ich czasach, z Hagridem.
Rzuciła krótkie, radosne spojrzenie na chłopaka i szybkim krokiem dotarła do ścieżki. Kilka kolejnych kroków i już mogła z zachwytem wpatrywać się w zamek. Usłyszała kroki i chwilę później Malfoy stanął obok niej.
Posłała w jego stronę nieśmiały, ale szczery uśmiech. On odpowiedział jej tym samym.
Po kilku chwilach, gdy nacieszyli już oczy widokiem szkoły, ramię w ramię ruszyli w stronę zamku.
-Zaczekaj chwilę- powiedział przyjaźnie chłopak i zaczął iść w stronę jeziora.
Pozostawił zdziwioną dziewczynę, a sam szybkim krokiem zmierzał w stronę miejsca, które zapamiętał z czasów Założycieli. Gdy jednak dotarł na miejsce, okazało się, że schodków nad jeziorem, na których lubił przesiadywać, nie było. Przeszedł jednak kawałek jeziora, chcąc się upewnić, a następnie podszedł do ogromnego, starego drzewa.
Uśmiech wypłynął na jego twarz, gdy jego dłoń dotknęła szorstkich słów, wyrytych różdżką w pniu drzewa.
D.M. 966r.
 



wtorek, 20 sierpnia 2013

Zakazana miłość IX

Bardzo przepraszam za opóźnienie, jednakże nie wynikało ono z mojego "widzimisię", dlatego mam nadzieję, ze wybaczycie. Rozdział niedługi, ale to dlatego, że kolejny pojawi się za kilka dni.
Pozdrawiam wszystkich, i jeszcze raz przepraszam.

                                                                 ~*~


Kolejne dni były dla Hermiony, Draco i Harry’ego bardzo wyczerpujące. Czas upływał im na doskonaleniu tego, co już umieli i na nauce tego, co było dla nich nowe. Oprócz tego uzupełniali swoją wiedzę o świecie, w którym się znaleźli i o istotach zwanych Czarnymi Mgłami, z którymi być może przyjdzie im walczyć. Gdy tylko mieli przerwę pomiędzy tymi zajęciami, razem z jednym z Założycieli zwiedzali nieukończone wnętrza Hogwartu, słuchając o ich planach dalszej budowy zamku. Znalezienie choć chwili dla siebie graniczyło niemal z cudem.
Podczas tych niewielu chwil spędzanych samotnie, każde z nich zastanawiało się, z czym jeszcze, prócz Mgieł, przyjdzie im się zmierzyć.
Draco najczęściej wędrował na brzeg jeziora, by tam spokojnie myśleć. Dwa dni wcześniej udało znaleźć mu się małe schodki, ukryte przed ciekawskimi oczami wyglądającymi z okien zamku. To tam w ostatnim czasie przesiadywał. Najczęściej zastanawiał się, czy decyzja o powrocie, którą podjęli, nie była zbyt pochopna. Bardzo chciał wrócić do domu, do ukończonego Hogwartu, który zawierał jego Ślizgońskie dormitorium, ale w czasach, z których pochodził, czekały na niego problemy, z którymi nie chciał i nie umiał sobie poradzić. Pozostanie w tych czasach sprawiłoby, że jego problemy by zniknęły. Czy jednak uciekanie przed problemami rozwiązałoby je?
Gdyby pozostał w tym świecie, zapewne musiałby sobie radzić sam, bo Granger i Potter byli zdecydowani wrócić do ich czasów.
Jak wyglądałoby życie tutaj?
Trudno było mu się dostosować do zasad panujących w tym świecie- były zbyt odległe od tych stosowanych w jego czasach.
Gdyby jednak zdecydował się zostać nie musiałby wykonywać zadania powierzonego mu przez Czarnego Pana.  Jednak z drugiej strony nikt nie wie, jakie konsekwencje ponieśliby jego rodzice. Nie mógł pozostawić ich na pastwę losu.
-Tutaj jesteś! Szukaliśmy Cię z Harrym- ciepły, delikatny głos sprowadził go na ziemię.
-Nie pomyślałaś, że chciałbym zostać sam, Granger?- warknął Draco, co jednak nie zraziło dziewczyny. Usiadła obok niego i zapatrzyła się w niespokojną tego dnia taflę jeziora.
-Człowiek nie może przebywać zbyt długo sam, tylko ze swoimi myślami- odparła, nie patrząc na niego.
Czas, który spędzili razem, w obcym świecie sprawił, że zaprzestali kłótni. Ich relacji nie można było nazwać przyjacielskimi, ale zmianę w nich można było zaliczyć na plus.
-Martwisz się czymś?- spytała nagle, a Draco na jej słowa uśmiechnął się kpiąco.
-Myślisz, że Ci powiem?
Gryfonka nie mogła się nie uśmiechnąć.
Po chwili podniosła się z miejsca i wyciągnęła rękę w stronę chłopaka, by pomóc mu wstać. Dla innych byłby to zwykły, koleżeński gest. Dla Hermiony i Draco był to pewien sposób na pojednanie.
Po prawie sześciu latach nienawiści i niezgody Gryfonka wyciągnęła rękę do Ślizgona.         
Oboje zdawali sobie sprawę, że nie był to zwykły, nic nie znaczący gest; Malfoy wiedział, że dziewczyna wykonała krok w jego stronę, a on mógł go przyjąć i znaleźć sojusznika w tym obcym świecie, albo odrzucić i zmagać się z samotnością.
Jeszcze kilka dni temu by się nie zastanawiał, tylko od razu odrzuciłby jej drobny gest pojednania, a do tego wyśmiał. Jednak jeszcze kilka dni temu Hermiona takiego gestu by nie wykonała.
Wystarczyło jedno spojrzenie w jej oczy i już wiedział.
Chwycił delikatnie jej dłoń, przyjmując pomoc a jednocześnie dając jej przyzwolenie do wejścia w jego życie.


Ginny Weasley sięgnęła po kolejną chusteczkę. Tego dnia, gdy wybrała się z Blasie’m do Zakazanego Lasu nabawiła się paskudnego przeziębienia, którego wyleczenie nawet pani Pomfrey zajmowało już trzeci dzień.
O ich wyjściu do Zakazanego Lasu, prócz Parkinson i Nott’a nie dowiedział się nikt, co bardzo cieszyło Rudą. Wciąż jednak rozmyślała o wyprawie, z której niewiele rozumiała, a która dała Diabłowi wiele do myślenia.
Pamiętała dokładnie przedzieranie się przez gęste rośliny, pohukiwanie sów gdzieś w gęstwinach drzew, szelest liści i trzask małych gałązek pod ich stopami.
Przypominała sobie strach, który sprawiał że jej serce biło dużo szybciej niż normalniej, że jej dłonie raz po raz zaciskały się w pięści, a z czoła skapywały pojedyncze kropelki potu.
Najbardziej w jej pamięci zapadał jednak obraz twarzy Blasie’a. Jeśli chłopak się bał, to nie dawał tego po sobie poznać. Był niezwykle skupiony na wszystkim dookoła nich, na tym by nie przegapić żadnego śladu.
Ginny nie wierzyła do końca w powodzenie tej wyprawy, ale było to w tamtym momencie jedyne, co mogła zrobić dla swoich przyjaciół. Tak samo jak Zabini, chwytała się wszystkiego, co mogło dać nadzieję na odnalezienie Harry’ego i Hermiony.
Ślizgon zarządził wyjście z Zakazanego Lasu po jakiś dwóch, a może trzech godzinach wałęsania się po nim. W drodze powrotnej złapał ich deszcz i choć drzewa w miarę skutecznie ochraniały ich przed kroplami, to i tak po wyjściu byli cali mokrzy.
Właśnie przez to panna Weasley spędzała kolejny dzień w Skrzydle Szpitalnym. Mimo jej próśb i zapewnień, że w swoi dormitorium szybciej dojdzie do siebie,  pani Pomfrey nie chciała jej wypuścić.
Chciała wyjść jak najszybciej, by móc porozmawiać z Blaise’m; był jedyną osobą, która chciała rozmawiać o jej przyjaciołach. Nie mogła poruszać tego tematu przy Ronie, bo ten od razu zamykał się w sobie i od niej odchodził; rodzice reagowali podobnie, jeśli tylko mama nie wybuchała płaczem, a profesorowie i tak mieli już dużo na głowie- nie chciała im zabierać czasu.
Niestety, odkąd wylądowała w Skrzydle Szpitalnym, nie widziała Ślizgona.
Z jednej strony nie dziwiła mu się- nie chciała wiedzieć, jak zareagowali by uczniowie Hogwartu, na czele z jej bratem, gdyby Zabini ją odwiedził.
Z drugiej strony jednak, Ruda uważała, że gdyby chciał to zrobić, to znalazłby jakiś sposób, a skoro go nie było, to widocznie mu na tym nie zależało.
Mimo tego, że z Blaise’m nie łączyły ją żadne cieplejsze relacje, chciała by ją odwiedził. W tym momencie czuła się przez niego wykorzystana; on, by odnaleźć przyjaciela, potrzebował pomocy, a tylko ona mogła mu ją zaoferować nie wciągając go przy tym w poważne kłopoty. Wiedział, że i ona kieruje się chęcią odnalezienia swoich przyjaciół i że mu pomoże, nawet w najbardziej nierealnym przedsięwzięciu.
Ginny Weasley i Blaise Zabini zaczęli potrzebować siebie nawzajem.


Mała, ale dość ciężka czarna torebka, podarowana trójce uczniów przez Założycieli leżała w dłoniach Hermiony, która ściskała ją z całych sił. Malfoy, Granger i Potter wpatrywali się w niedawno poznanych znajomych, a w ich oczach dawało się dostrzec mieszaninę podziwu i wdzięczności.
Ci ludzi ofiarowali im ogromną pomoc i wsparcie; zapewnili im przetrwanie w obcym świecie, zupełnie innym od ich świata, nauczyli ich wielu nowych, przydatnych zaklęć.
Nadszedł jednak moment, w którym Hermiona, Harry i Draco musieli wyruszyć sami w nieznane; tylko w ten sposób mogli spróbować wrócić do domu.
-Mam nadzieję, że sobie poradzicie- powiedziała Helga, a następnie, ku niezadowoleniu Malfoy’a, przytuliła każde z nich.
Rowena, mniej wylewna z założycielek, zwyczajnie uścisnęła każdemu dłoń, życząc powodzenia.
Chwilę później Ślizgon i Gryfoni szli za męską częścią założycieli w stronę Zakazanego Lasu.
Pięści trójki uczniów machinalnie zaciskały się na ich różdżkach gdy przekraczali granice lasu. 
Helga machała im, dopóki nie zniknęli między drzewami, choć żadne z nich tego nie zauważyło.


Niebo przybrało już granatową barwę, gdy Ginny wędrowała samotnie korytarzem, w stronę Pokoju Wspólnego Gryfonów. Poruszała się powoli, trochę otumaniona przez eliksiry, którymi karmiła ją pani Pomfrey, a trochę zmęczona- chorobą i nocami, które zamiast na sen, przeznaczyła na rozmyślania.
Gdy wyłoniła się zza jednego z zakrętów, o mało nie została przez kogoś staranowana.
-Patrz, jak łazisz!- warknęła do niej Pansy Parkinson i oddaliła się szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.
-Nie martw się, nic mi nie jest- wymruczała pod nosem Ruda, nim ruszyła dalej korytarzem.
Nigdy nie pałała sympatią do tejże Ślizgonki, ale jako uczennica rok młodsza od niej, w dodatku z innego domu, nie miała z nią zbyt dużej styczności.
Doskonale jednak w jej pamięci utkwił jej obraz miny Parkinson, gdy razem z Zabinim wyłaniała się z Zakazanego Lasu. Dziewczyna ta, czekała na nich razem z Nottem, co niemiło zaskoczyło Gryfonkę.
Pansy i Theodore potraktowali ją tak, jakby jej tam nie było. Nie zareagowali również zbyt wylewnie na widok Blaise’a, co bardzo ją zdziwiło.
Bądź, co bądź chłopak nie wracał z miłej i spokojnej przyjacielskiej pogawędki, tylko z wyprawy, podczas której zginęła już wcześniej trójka uczniów.
Pokiwali jedynie głowami na widok kolegi, a następnie ruszyli przed siebie. Nott rzucił jedynie do Zabiniego, by ten się pospieszył, i chwilę później zniknęli za ogromnymi wrotami zamku.
-Dziękuję, że tam ze mną poszłaś- powiedział Ślizgon przed odejściem, a następnie ruszył śladem swoich towarzyszy.
To wtedy widziała go po raz ostatni.
-Wchodzisz, czy będziesz tu tak stała? Może Cię to zdziwi, ale mam już swoje plany, nie zamierzam tu tkwić cały wieczór- usłyszała głos Grubej Damy, którą przywrócił ją do rzeczywistości.
-Ignis et glacies- wypowiedziała cicho, przypominając sobie nagle, że chciała spytać Hermionę o znaczenie tego hasła. Czy kiedykolwiek uda jej się to jeszcze zrobić?


Nie było łzawego, długiego pożegnania, podczas którego ludzie obiecują sobie ponowne spotkanie.
W jednej chwili trójka uczniów kroczyła dzielnie obok dwójki Założycieli, a już kilka sekund później otoczyły ich gęste, nieprzebyte rośliny rosnące w Zakazanym Lesie. Wtedy byli już zdani tylko na siebie. Nie mieli czasu na rozmyślanie o poznanych niedawno osobach, o tym, co przeżyli w tym świecie, i o tym co ich czeka. Zacisnęli dłonie na różdżkach i oczekiwali na to, co miało się zdarzyć.
-Jest…- dało się słyszeć nagle cichy głos Hermiony, na co Draco i Hermiona unieśli zapalone różdżki w jej stronę.
Gęsta, czarna mgła zdawała się oplatać stojące przed trójką uczniów drzewa i krzewy. Hermiona powoli rozejrzała się dookoła nich, ale Mgła zdawała się docierać do nich tylko z przodu. W myślach nieustannie powtarzała sobie, że najważniejszy jest spokój, co jednak nie sprawiało, że była spokojniejsza.
Wystarczyło jej jednak tylko jedno spojrzenie na swoich współtowarzyszy, by ręce przestały jej się trząść, a serce powróciło do normalnego rytmu. Jedynie słabo widoczne kropelki potu na czole mogły pokazać strach dziewczyny.
-Słyszycie?- spytał cicho Potter, a Ślizgon i Gryfonka pokręcili głowami.
-Myślę, że już czas- dodał chłopak.
Spojrzeli po sobie i, łapiąc się uprzednio za ręce, wkroczyli w niematerialne ciało potwora.


Ginny Weasley spokojnym, wolnym krokiem przemierzała korytarze Hogwartu. Pomimo panującej dookoła niej ciemności szła pewnie; kroczyła nie zwracając uwagi na to, że ktoś może ją zauważyć, a przebywanie o tej godzinie na korytarzu było surowo zabronione. Dziewczyna zdawała się wiedzieć dokładnie, gdzie się wybiera- ani razu się nie zatrzymała, wciąż szła zdecydowanie, nie zastanawiając się, które schody i który korytarz wybrać. W pewnym momencie skręciła nagle, i równie szybko, jednym zaklęciem otworzyła drzwi, przy których się zatrzymała. Spojrzała w lewo i w prawo, a chwilę później zniknęła za drzwiami.
Gdy to zrobiła, zza jednego z filarów wyszedł wysoki, dobrze zbudowany chłopak, z wyciągniętą przed siebie różdżką.


-Jeśli to ma tak wyglądać, to już nigdy więcej nie wejdę w tego stwora!- warknął Malfoy, pocierając obolałą głowę. Zdziwiony, że nikt mu nie odpowiedział, rozejrzał się dookoła.
Ziemię pokrywała soczyście zielona trawa, upstrzona gdzieniegdzie kolorowymi kwiatkami. Drzewa, które rosły dookoła niego porośnięte były dziwnymi, zielonymi, pnącymi się roślinami, które chłopak widział po raz pierwszy w życiu. Słyszał radosne ćwierkanie ptaków, a gdzieś w oddali wyłapał pohukiwanie sowy.
Gdy skończył kontemplować otoczenie, rozejrzał się w poszukiwaniu swoich towarzyszy.  
-Granger?- powiedział cicho, by po chwili bez odzewu dodać głośniej- Potter!
Gdy ponownie nie uzyskał odpowiedzi, podniósł z ziemi swoje obolałe ciało.
-Granger!- krzyknął, a kilka ptaków nad jego głową, poderwało się do lotu- Granger!
Jednak mimo ciągłych nawoływań, przez które nieomal stracił głos, żadne z jego współtowarzyszy się nie pojawiło.
-No to pięknie- powiedział do siebie, ponownie siadając na ziemi.







piątek, 2 sierpnia 2013

Zakazana miłość VIII


Ciszę, która zapadła w pomieszczeniu przerywały jedynie niespokojne oddechy trójki uczniów. Hermiona coraz mocniej zaciskała dłonie na pościeli, choć wydawało się to niemożliwe. Draco kontemplował wnętrze prawdopodobnie jedynego w pełni wykończonego pomieszczenia w całym zamku, a Harry z niepokojem przyglądał się swojej przyjaciółce, raz po raz rzucając niespokojne spojrzenia w stronę Malfoy’a.
-Pamiętasz, co powiedzieli Ci ludzie?- spytał po pewnym czasie Potter, chcąc przerwać ciążącą mu ciszę.
-Oni nam wierzą, a przede wszystkim wiedzą, czym są te Mgły. Jutro zaczynamy z nimi ćwiczyć, by mogli ocenić nasze umiejętności, a później z powrotem wejdziemy w to czarne coś, i trafimy do domu.
-Pamiętam, Harry, ale Helga powiedziała, że nawet w naszym świecie podróże w czasie, i to tak dalekie są anomalią, i że ponowne wejście w tą Mgłę nie gwarantuje nam powrotu do domu. Nie zapominaj też o tej legendzie, którą Wam opowiadałam. Czarne Mgły to przeklęte dusze zmarłych; dusze, które tak łatwo nie wypuszczą nas z rąk, bo możemy im się przydać. Wydaje mi się, że gdy nas wtedy wciągnęły, o ile oczywiście ta legenda jest prawdziwa, to mogliśmy im po prostu przeszkadzać. Jesteśmy żywi, mamy ciała, a oni nie. Mogą mieć tyle lat, że mogły zapomnieć o tym jak funkcjonuje nasz organizm, i ich to przerosło, więc po prostu nas.. wyrzuciły. Jednak co, jeśli tamtym pierwszym razem się na nas uodpornili?
-Czy Ty siebie słyszysz? Mówisz tak, jakby to były myślące istoty, a to tylko..- po tych słowach Draco zamilkł, bo nie wiedział, jak nazwać postacie, o których tak żywo opowiadała Gryfonka.
-Nie wiemy, z czym mamy do czynienia, Malfoy. Niczego nie możemy bagatelizować. Możemy założyć, że ponownie wejdziemy w tą Mgłę, bo czwórka tych czarodziei ma o nich jakieś pojęcie. Możemy jednak nie trafić do domu. Nie wiemy, i oni też nie wiedzą, gdzie wylądujemy. Nie możemy przewidzieć, czy okres czasu, w którym się wtedy znajdziemy będzie dla nas bezpieczny. Zakładam tutaj tą optymistyczną myśl, że te stwory nas nie.. Nie pożrą, tylko ponownie wyrzucą. Musimy się nad tym poważnie zastanowić.
-Rozważasz pozostanie tutaj?- spytał z powątpieniem Potter, na co dziewczyna odwróciła wzrok.
-Nie chcę tu zostać. To nie są nasze czasy i to nie jest nasz świat. Nie możemy jednak podejmować pochopnych decyzji, bo od tego zależy nasze życie. Jednak jeśli chcemy wrócić, uważam że powinniśmy zrobić to jak najszybciej; nie powinniśmy tutaj długo przebywać, bo nie mam pojęcia, jakie to może mieć konsekwencje w przyszłości… To znaczy, w naszej teraźniejszości, a ich przyszłości.
-Nie do końca łapię Twój tok rozumowania, Granger.
-To proste; każdy nas nieprzemyślany ruch może wprowadzić nieodwracalne zmiany w naszych czasach.
-Jest coś jeszcze, o czym nam nie powiedziałaś?- spytał nagle swoją przyjaciółkę Gryfon.
Dziewczyna westchnęła i zamilkła na dłuższą chwilę, jakby zastanawiając się nad tym, co miała im powiedzieć.
-Jak już Wam mówiłam, podróże w czasie to anomalia. Nie były one nigdy stosowane oficjalnie przez mugoli, którzy zresztą w nie nie wierzą, ale także i przez czarodziei. Niektórzy z nich jednak pokusili się o użycie Zmieniacza Czasu. Wiecie, o czym mówię?
Na jej słowa chłopcy jedynie pokiwali głowami.
-Te potężne magiczne urządzenia są prawnie zakazane, w dodatku niecały rok temu wszystkie zostały zniszczone- wtrąciła, zerkając przy tym znacząco na Potter’a- Jednak wcześniej wiele czarodziei próbowało z nimi eksperymentować. Czytałam o tym trochę i.. Och, niektóre rzeczy były naprawdę straszne! Nasze organizmy i umysły nie są przystosowane do takich podróży, jeśli przemieszczanie się w czasie można nazwać podróżą. Wielu ludzi zwyczajnie nie wróciło, a Ci, którym się to udało już nigdy nie byli tacy, jak dawniej.
-Co rozumiesz przez to, że nigdy nie byli tacy, jak dawniej?- spytał Draco. Z jego głosu zniknął już dawny ton, którym chciał pokazać przyjaciołom, że znaczą dla niego tyle, co skrzaty domowe. Dotarło do niego w końcu, w jak poważnej sytuacji się znaleźli i jakie mogą być tego konsekwencje. Byli skazani na swoje towarzystwo na niewiadomo jak długi okres czasu, i choć młody Malfoy zazwyczaj wolał robić wszystko sam, teraz wolał działać razem z nimi.
-Niektórzy tracili pamięć, inni zmysły. Ich ciała ulegały dziwnym, odrażającym wręcz deformacją. Doprawdy ciężko jest przewidzieć, jakie konsekwencje może mieć nasza ponowna podróż. Czy jednak chcemy tu zostać?
Ostatnie słowa Hermiony zawisły między nimi, jak zaklęcie, które wędruje w naszą stronę, by w końcu w nas uderzyć.
-Powiedziałaś, że to co tutaj zrobimy będzie miało jakieś odniesienie w przyszłości?- powiedział nagle Malfoy, przerywając ciszę i pozostawiając postawione przez dziewczynę pytanie bez odpowiedzi.
-Tak mi się wydaje, ale książki które czytałam nie dają jednoznacznej odpowiedzi. W niektórych napisane było, że każda zmiana dokonana w przeszłości ma wpływ na przyszłość, bo zmieniają się nasze wybory. To my sami tworzymy swoją przyszłość, prawda? Jednak już w innych księgach, do których zerkałam było, że jakkolwiek byśmy się starali nie zmienimy przeszłości. To wszystko się już wydarzyło i nie mamy na to wpływu, zwłaszcza że wtedy nas tam nie było.
-Chyba się trochę pogubiłem- rzucił cicho Ślizgon.
-Nie tylko Ty- odpowiedziała mu równie cicho dziewczyna.


-Przykro nam, ale nic więcej nie możemy zrobić- zakończył swoją przemowę Minister Magii i szybkim krokiem wyszedł z gabinetu dyrektora.
-Czyli co, pan Minister uważa, że albo zaginęli i prawdopodobnie już nie żyją, albo zostali porwani, więc tak czy siak on musi wycofać aurorów, bo oni nic tu nie pomogą?- krzyknął Blaise, wstając ze swojego miejsca, które zajmował podczas prawie półgodzinnej przemowy Korneliusza Knota.
Krzyk pozwalał mu wyrzucić z siebie wszystkie emocje i pokonać bezradność, która coraz bardziej go pochłaniała.
-Panie Zabini, przecież Minister powiedział, że nie zamykają śledztwa, jednakże aurorzy nie mogą dłużej pozostać na terenie Hogwartu- powiedziała McGonagall, nie mając nawet siły na to,  by zwrócić Ślizgonowi uwagę na podniesienie głodu na starsze od niego osoby.
Chłopak potrząsnął lekko głową, jakby chciał wybudzić się ze złego snu. Następnie rozejrzał się, jakby trochę nieprzytomnie, po gabinecie dyrektora.
Molly Weasley siedziała obok swojego męża, a w jej ramionach łkała, nieprzerwanie od dłuższego czasu, jej jedyna córka. Jej znaczona małymi zmarszczkami twarz wyrażała wielkie cierpienie; takie, które może odczuwać jedynie matka, która straciła swoje dziecko. Bo Harry Potter był dla niej jak syn, a Hermiona Granger stała się jej drugą córką.
Artur Weasley obejmował swoją żonę, zapewne chcąc dodać jej otuchy, choć sam wyglądał tak, jakby jej potrzebował. Siedzący obok Ginny Ron, najmłodszy syn Weasley’ów wpatrywał się tępo w jeden punkt, pogrążony w swojej rozpaczy.
W pewnym oddaleniu od nich, na krześle, siedziała Narcyza Malfoy, z twarzą ukrytą w chusteczce. Jako jedyna wiedziała, ile znaczy dla niej ten młody mężczyzna, jej ukochany, jedyny syn. Obok niej siedział Lucjusz, z kamienną twarzą; jedynie w jego oczach czaiła się niezaprzeczalna wściekłość, która nie mogła znaleźć ujścia. Zaraz za nim stał Kingsley, jak zwykle go pilnujący, również przejęty zaginięciem trójki uczniów.
Koło biurka dyrektora przechadzał się Severus, z rękami założonymi z tyłu, mrucząc coś pod nosem. Siedząca przy dyrektorze Minewra walczyła ze łzami, spływającymi po jej policzkach.
Sam Albuse Dumbledore, siedząc na swoim fotelu, splatał i rozplatał palce, brał w dłoń pióro, po czym zaraz je odkładał, a jego wzrok błądził za oknami, spoglądając na granicę Zakazanego Lasu.
Każdy z tych ludzi cierpiał z powodu tego, co spotkało trójkę uczniów, dzieci, przyjaciół. Każdy z nich przeżywał to na swój sposób. Był tam jednak jeden chłopak, który nie zamierzał stać bezczynnie. Diabeł bowiem, gdy chce osiągnąć swój cel, nie zawaha się dojść do niego po trupach.


Rozmowa, którą przeprowadził z dwojgiem swoich współtowarzyszy, a szczególnie słowa pewnej Gryfonki, dały mu do myślenia. Dlatego właśnie, gdy wspomniana dwójka zasnęła, a sen przyniósł im ulgę i zdjął z ich twarzy strach, Draco wymknął się z pomieszczenia, w którym spali, i udał się na spacer po zamku. Z każdym kolejnym krokiem odkrywał jak bardzo różni się ta budowla od miejsca, które było dla niego drugim domem. Nogi same poprowadziły go do wyjścia, na błonia. Spacerował, spoglądając na nowe, dopiero wznoszące się mury. Gdy dotarł do jeziora, stanął nad brzegiem i przyjrzał się spokojnej, gładkiej tafli.
Chłopak wracał pamięcią do rozmowy z Gryfonami, a konkretniej do momentu, w którym powiedział im, że się pogubił. Powiedział to, choć tak naprawdę chciał powiedzieć coś zupełnie innego.
Chciał, by wiedzieli, że się boi.
Skarcił się szybko za chwilę słabości, za chęć ukazania swojego lęku wrogom. Wiedział, że jego ojciec by tego nie pochwalił i w tamtej chwili, gdy stał nad brzegiem jeziora, a woda usilnie próbowała go dosięgnąć, poczuł się dumny z tego, że jest Malfoy’em.
Chwilę później wracał już do komnaty, którą zajmował z Potter’em; szedł nie oglądając się za siebie, nie spoglądał też na zamek- podjął pewną decyzję i zamierzał jak najszybciej podzielić się nią z Granger i jej przyjacielem.


-Pójdziemy tam – powiedział Blaise i powiódł wzrokiem po twarzy Ginny.
Udało mu się zaciągnąć ją do schowka na miotły po śniadaniu, czy dopiero kilka godzin po wymyśleniu genialnego, w jego mniemaniu, planu. Bądź co bądź, kontakty Weasley i Zabiniego mogły zostać błędnie zinterpretowane przez nader ciekawskich uczniów Hogwartu.
-Zwariowałeś?- odpowiedziała mu cicho dziewczyna nie chcąc, by ktoś ich usłyszał.
-Ty naprawdę zwariowałeś- dodała, gdy ten się nie odezwał.
-Posłuchaj mnie, jeśli czegoś nie zrobimy, nic tego za nas nie zrobi. Słyszałaś, co mówił ten konował z Ministerstwa, oni spisali ich na straty. Musisz mi pomóc, sam nie dam rady. Proszę, Ginny.
Na dźwięk swojego imienia, wypowiedzianego przez tego aroganckiego, wrednego, ale przystojnego Ślizgona, dziewczyna drgnęła.
Przez chwilę zastanawiała się nad czyhającymi ich tam niebezpieczeństwami. Gdy jednak przed jej oczami stanął obraz uczącej się Hermiony, a następnie Harry’ego na miotle, już wiedziała, co zrobi.
-To czyste szaleństwo. Głupota i nieodpowiedzialność- powiedziała, a Blaise zmarkotniał- Ale to moi przyjaciele i wiem, że oni zrobiliby dla mnie to samo- zrobili to, dodała w myślach, przypominając sobie o tym, jak Harry uratował ją z pułapki bazyliszka.
-Idę tam z Tobą, Zabini.
Twarz chłopaka rozjaśnił uśmiech, który ostatnio nie pojawiał się wcale.
-Idę teraz do biblioteki, muszę się upewnić co do pewnych faktów. O dwudziestej pierwszej będę czekał na Ciebie pod Bijącą Wierzbą.
Nie czekając na reakcję Rudej wyszedł z ich tymczasowej kryjówki.
-Jeszcze będę tego żałowała..- powiedziała do siebie cicho i, odczekawszy chwilę, również wyszła.


-To było potwornie nieodpowiedzialne, Malfoy!
-Potter, błagam zrób coś z nią, bo ja zaraz zwariuję- jęknął Draco, patrząc prosząco w stronę Wybrańca.
Harry uśmiechnął się tylko na te słowa, słysząc je po raz enty tego dnia i wiedząc, że to nie był ostatni raz, kiedy Ślizgon je wypowiedział.
Nocny spacer chłopaka nie pozostał niezauważony przez jego współtowarzyszy. Gdy Ci się obudzili i nie zauważyli Dracona w jego łóżku, wystraszyli się.
Gryfoni martwili się o Ślizgona.
Nim Smok wrócił do komnaty, Hermiona zdążyła już wpaść w panikę, a Harry we wściekłość. Potterowi szybko jednak przeszło, złość natomiast ogarnęła dziewczynę. Przez cały poranek wypominała wyjście Ślizgonowi. Nie przestawała, mimo że minęło już południe i udawali się właśnie na trening magiczny, który mieli z nimi przeprowadzić Godryk i Salazar.
-Słyszycie?- powiedział nagle Malfoy, a Gryfoni niespokojnie rozejrzeli się dookoła siebie; Harry wyciągnął różdżkę.
-Co takiego?- szepnął Chłopiec, Który Przeżył.
-Tą cudowną ciszę, kiedy Granger milczy- odpowiedział mu nonszalancko, a następnie wybuchnął głośnym śmiechem; pierwszy raz, odkąd znaleźli się w tej sytuacji zdobył się na śmiech.
Po chwili, nie mogąc się powstrzymać, dołączył do niego Harry.
-Idioci- warknęła dziewczyna, wyprzedziła chłopaków, i szybkim krokiem ruszyła do Wielkiej Sali, gdzie miała na nich czekać męska część założycieli Hogwartu.
Z torby, którą ze sobą miała wydobyła zastępczą różdżkę, którą zdobyła dla niej Rowena, gdy dowiedziała się, że dziewczyna zgubiła swoją.
Jak i gdzie ją dostała pozostawiła w tajemnicy, a Hermiona- zadowolona z nowego nabytku, który mógł uratować jej życie, nie dopytywała. Jednak mimo tego, że dziewczyna od czasu otrzymania tego magicznego patyka dużo ćwiczyła, wciąż nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia, że to nie jest jej różdżka. Ta, której aktualnie była posiadaczką źle leżała w jej ręce, a każde zaklęcia, które nią rzucała było mniej efektywne od tych rzucanych jej różdżką. Gryfonka nie mogła jednak narzekać- w sytuacji, w której się znalazła, różdżka była niezbędna do przetrwania.
Gdy dotarła do Wielkiej Sali, dwóch mężczyzn już czekało. Wzięła głęboki wdech i przywitała się z nimi. Chwilę później dołączyli do nich jej współtowarzysze.
Już po kilku minutach trójka uczniów rzucała wymieniane przez Założycieli zaklęcia, by tamci mogli ocenić ich umiejętności.


Blaise Zabini siedział z nosem w ogromnej, i wyglądającej na starą, księdze. Co jakiś czas chwytał pióro i pokrywał pergamin leżący obok księgi drobnym, starannym pismem.
-Może potrzebujesz pomocy?- usłyszał nagle z góry; nie podniósł jednak głowy i nie przerwał pisania.
-Nie, dziękuję Pansy.
-Jesteś pewien? Chętnie Ci pomogę..
-Może od razu powiesz, czego chcesz zamiast zajmować mi czas tą bezsensowną rozmową?- powiedział, odsuwając od siebie pergamin i odkładając pióro.
-Gdzie jest Draco?
Na to pytanie Ślizgon spiął się lekko, ale dziewczyna nie mogła tego dostrzec.
-Musiał pilnie wyjechać. Sprawy rodzinne.
-Nie kłam. Nie chodzi o żadne sprawy rodzinne, prawda?
Chłopak przyłożył ręce do twarzy i zaczął pocierać bolące oczy. Nieprzespana noc i ślęczenie nad książkami dało o sobie znać.
Blaise rozejrzał się po bibliotece i napotkał surowe spojrzenie bibliotekarki. Ta stanowcza kobieta nie tolerowała rozmów, ale także Ślizgonów; tym bardziej rozmawiający Ślizgoni przyciągali jej wzrok.
-To nie jest dobre miejsce na takie rozmowy- powiedział chłopak.
Wstał, odłożył książkę na półkę, pergamin i pióro schował do torby, a następnie szybko ruszył do drzwi.
-Idziesz?- rzucił do Parkinson, wciąż stojącej przy stoliku, przy którym siedział.
Dziewczyna pokiwała głową i poszła w jego stronę.
Gdy zamknęły się za nimi drzwi, bibliotekarka szybko wstała ze swojego miejsca, by sprawdzić czy ten ignorant Zabini, jak zwykła o nim myśleć, nie zniszczył jednego z jej cennych woluminów.


Zmęczona Hermiona przysiadła na podłodze.
-Robimy przerwę, dobrze?- krzyknął Gryffindor, a Harry i Draco opuścili swoje różdżki.
Na początku treningu musieli tylko rzucać zaklęcia wymienione przez mężczyzn, ale gdy tylko Ci spostrzegli się, że mają do czynienia z naprawdę dobrymi czarodziejami, zaproponowali im pojedynek; oni kontra trójka uczniów.
Hermiona, Harry i Draco byli bardzo zdolni, co musieli przyznać nawet dwaj założyciele, jednak ich umiejętności nie mogły równać się z tym, co umieli Godryk i Salazar.
-Teraz moja kolej!- zawołała nagle Rowena, która od dłuższego czasu obserwowała pojedynek.
Usiadła na podłodze obok Hermiony i porozkładała wokół nich wielkie księgi.
-Musicie wiedzieć, że podczas tego, co już Wam się przytrafiło nie możecie liczyć tylko na swoją siłę. Ją te istoty są w stanie pokonać, a nawet Wam ją odebrać; zaraz dowiecie się, z jak potężną magią będziecie musieli się zmierzyć. Nie martwcie się- dodała widząc wystraszoną minę Gryfonki- Wiemy o nich wystarczająco dużo, byście dali sobie z nimi radę. Musicie jednak uwierzyć w siebie, a przede wszystkim w to, co macie tu- dodała, wskazując palcem na swoje czoło- Tego nikt nie jest w stanie Wam odebrać.
Trójka uczniów siedziała w ciszy, uważnie wsłuchując się w słowa kobiety.
-Więc jesteście już pewni, że chcecie wrócić?- spytał Salazar, uważnie przyglądając się Ślizgonowi i Gryfonom.
Draco, Harry i Hermiona spojrzeli po sobie, by następnie odwrócić się w stronę mężczyzny i pokiwać głowami.
Strach ukryli głęboko w sobie; skupili się na swoim celu, a to im pomagało i dawało nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą do domu.


Gdy wybiła godzina dwudziesta trzydzieści, Ginny Weasley wymykała się właśnie z dormitorium chłopców z szóstego roku. Wybrała tą godzinę, bo wszyscy Gryfoni siedzieli wtedy w Pokoju Wspólnym. Istniało jednak niebezpieczeństwo, że ktoś zauważy ją, gdy będzie wychodziła, albo co gorsza, gdy przerzucała rzeczy Potter’a.
Nie robiła tego w złej wierze, ale z punktu widzenia postronnego obserwatora mogło to wyglądać na kradzież. Gdy tylko znalazła dwie rzeczy, które najbardziej ją interesowały, szybko podeszła do drzwi, a następnie, uważając by nikt jej nie zauważył, zaczęła schodzić po schodach, by dostać się do swojego dormitorium; przed spotkaniem z Zabinim chciała jeszcze nałożyć na siebie coś cieplejszego.
Gdy jednak nagle usłyszała tupot stóp, a chwilę później przygaszony głos swojego brata, o mało nie wypuściła swoich zdobyczy z rąk.
Ignorując trzęsące się dłonie narzuciła na siebie Pelerynę Niewidkę i przysunęła się jak najbliżej ściany.
Ron szedł razem z Nevillem; gdy przechodzili obok niej, dziewczyna wstrzymała oddech. Miała wrażenie, że zaraz któryś z chłopców odkryje, że ona tam stoi, w Pelerynie Niewidce i z Mapą Huncwotów, które powinny przecież leżeć w ich dormitorium, w kufrze Harry’ego. Nic takiego się jednak nie stało, a chwilę później Gryfoni zniknęli w swojej komnacie. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, dziewczyna odetchnęła głęboko. Kilkoma szybkim krokami dotarła do swojego dormitorium. Dopiero tam zdjęła pelerynę niewidkę. W pomieszczeniu nie było żadnej z jej współlokatorek, co bardzo ją cieszyło. Szybko chwyciła czarny płaszcz, czerwony szalik i rękawiczki tego samego koloru. Do kieszeni płaszcza włożyła Mapę Huncwotów, a gdy zegar wybił za dziesięć dziewiątą ponownie narzuciła na siebie Pelerynę Niewidkę i wyszła z dormitorium.


Choć pora nie mogła być późna, niebo zasnute było już ciężkimi, ciemnymi chmurami. Nie widać było księżyca, ani nawet jednej gwiazdy. Wiał zimny, nieprzyjemny wiatr, ale Hermionie zdawało się to nie przeszkadzać.
-Zamknij to okno, Granger, zimno- mruknął Draco, odrywając na chwilę wzrok od książki, którą właśnie czytał.
Nie była to lekka, przyjemna lektura do poczytania przed snem, tylko księga o czarnomagicznych zaklęciach, o których młody Malfoy w swoich czasach nigdy nie słyszał. Dostał ją od Salazara, i musiał przyznać, że niektóre z zaklęć o których przeczytał i jego skutki, przerażały nawet jego.
Po chwili zwłoki, Gryfonka zamknęła okno i, wzorem Ślizgona, zatopiła się w lekturze. Już po chwili czytania zapomniała o swoich problemach- książka o eliksirach, którą dała jej Rowena skutecznie odpędziła od niej złe myśli.
Po chwili w pomieszczeniu pojawił się Potter, co skutecznie oderwało dziewczynę od lektury. Obrzuciła przyjaciela nieprzyjemnym spojrzeniem za to, że- nie pierwszy raz zresztą, przeszkodził jej w czytaniu.
-Nie możesz być ciszej, Potter?- spytał miłym głosem Malfoy; tak bardzo miłym, że jednak brew Gryfonki podjechała do góry.
-Czyżbym przeszkodził?
Na jego słowa Draco i Hermiona równocześnie zatrzasnęli swoje księgi, a po komnacie przetoczył się huk.
-Chyba jednak przeszkodziłem- mruknął Wybraniec i usiadł obok swojej przyjaciółki.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza- jednak tylko przez chwilę.
-Jak myślicie, długo będziemy musieli tu zostać?- spytał Draco, odrzucając na bok swoją książkę.
-Uważam, że jeszcze kilka dni co najmniej- odpowiedziała mu dziewczyna, odkładając swoją lekturę- Musimy przećwiczyć kilka tych zaklęć, które w naszych czasach już się nie stosuje, a które, jak powiedziała Helga, będą niezbędne jeśli będziemy walczyć z Mgłami.
-Ciągle mam problemy z zaklęciem Eripio- mruknął Malfoy, zły, że jest coś, co mu nie wychodzi.
-Ja mam problem z każdym zaklęciem, które dzisiaj poznaliśmy- powiedział Harry, z niepokojem spoglądając na swoich towarzyszy.
-Ja muszę jeszcze przećwiczyć zaklęcie Semper, ciągle robię coś nie tak- dodała sfrustrowana Gryfonka- Jednak uważam, że radzimy sobie całkiem nieźle.
Wyczuła na sobie zdziwione spojrzenia chłopców, więc dodała:
-Dowiedzieliśmy się dzisiaj o istnieniu zaklęć, z którymi nigdy nie mieliśmy do czynienia. Większość z nich wychodzi nam prawie bezbłędnie,  a to ogromny sukces; uwierzcie mi, nie każdy dałby sobie radę. Wystarczy nam kilka dni, byśmy udoskonalili swoje umiejętności.
-Pamiętacie, co powiedziała Rowena?- odezwał się nagle Potter- Im dłużej tu przebywamy, tym większe mogą być konsekwencje dla nas w przyszłości. To znaczy, w naszych czasach- poprawił się szybko.
Draco i Hermiona na jego słowa tylko westchnęli.
-Nic nie możemy na to poradzić- powiedziała cicho dziewczyna- Możemy tylko spróbować dać z siebie wszystko i za kilka dni ponownie wejść w te cholerne Mgły.
Chłopcy przytaknęli na jej słowa, a chwilę później każde z nich zajęło się sobą.


Dokładnie o godzinie dwudziestej pierwszej Ginny dotarła pod Bijącą Wierzbę. Zabini już tam na nią czekał; siedział na ogromnym kamieniu, czytając coś z pergaminu. Gdy podeszła do niego, zdjęła Pelerynę Niewidkę.
-Nie strasz mnie tak!- warknął Ślizgon; nagle pojawienie się Ginny sprawiło, że pergamin wypadł mu z rąk, a on sam, wstając z tymczasowego siedziska potknął się, i przewrócił.
Dziewczyna zachichotała cicho, widząc jego poczynania. Podniosła pergamin, który wypadł mu z rąk, by mu go podać.
-Przeczytaj.
Spojrzała na niego zaskoczona, ale nic nie odpowiedziała. Między nimi zapanowała cisza, która jednak nie była zupełna. Wiatr wiał nieprzerwanie; poruszał drzewami, plątał włosy i przynosił nad zamek deszczowe, ciemne chmury.
-Atra in nebula?- wyszeptała nagle dziewczyna- Co to jest?
-Nie mam pojęcia. Bardzo ciężko dostać jakiekolwiek księgi o tego rodzaju magii. Wiem tylko tyle, co zapisałem na tym skrawku pergaminu. To nasza jedyna wiedza.
Ruda raz jeszcze przyjrzała się zapisanemu pergaminowi; nie było tego dużo, więc wyruszenie o tej porze do Zakazanego Lasu jedynie z Zabinim wydawało się jeszcze bardziej nieodpowiedzialne.
-W naszym języku Atra in nebula znaczy tyle, co Czarne Mgły- powiedział chłopak.
-Dlaczego Ron nie mógł iść z nami?- odezwała się nagle, przerywając Ślizgonowi.
-Uważasz, że Twój brat zaufałby mi na tyle, by wybrać się tam ze mną? Poza tym, na pewno nie pozwoliłby pójść Tobie, a może nawet doniósłby do McGonagall, tylko po to, byś nie mogła tam pójść.
Ginny nie mogła się z nim nie zgodzić.
-Mówiłaś komuś o tym?
-Nie, a powinnam?- spytała go, zaskoczona zmianą tematu.
-Lepiej byłoby gdyby ktoś wiedział, w razie gdyby..- przerwał nagle, nie chcąc napędzać więcej strachu dziewczynie, a przy okazji i sobie- Nie martw się, powiedziałem Pansy.
-Parkinson?
-Nie rób takiej miny, komuś musiałem powiedzieć. Ona miała przekazać to Nott’owi, wie skąd wyruszamy, o której i także to o tych Mgłach. Gdy nie wrócimy do szóstej nad ranem, powiadomią Snape’a.
Ruda pokiwała głową, niezdolna do wykonania innego ruchu. Miała ochotę wycofać się i wrócić do ciepłego i przytulnego dormitorium w Wieży Gryfonów. Jednak gdy tylko pomyślała o Harrym i Hermionie, którzy zniknęli bez wieści, ochota na to szybko jej przeszła.
Chwilę później razem z Blaise’m zagłębiała się wśród drzew Zakazanego Lasu.